Pamiętacie może, jak dokładnie 3 lat temu, 13 kwietnia 2013 roku, zaczynałem moją przygodę z blogowaniem o muzyce?
Właśnie tak, utworem "Sing" grupy Blur. I tym samym utworem działalność kończymy. Tym razem usłyszcie jego pierwotną wersję, nagraną jeszcze w czasach, gdy formacja Blur grała pod nazwą Seymour.
Nie będzie już dziś oceny, nie będzie sekcji "Już jutro". Bo tu nie będzie jutra (pozostanie tylko muzyczne kalendarium, do obejrzenia którego serdecznie zapraszam).
Dziękuję Wam bardzo za tę niezmiernie przyjemną podróż dźwiękową. Dobranoc.
Drugiej już rocznicy powstania Hear the Reality nie możemy uczcić w sposób inny niż przywołanie patronującego nam zespołu, czyli Blur. Dwa lata temu, na otwarcie, zaproponowałem Wam moją ulubioną pieśń grupy Damona Albarna - "Sing". Rok temu (jeszcze w wersji angielskojęzycznej) zawiesiliśmy ucho na "Brothers & Sisters". W tym roku przyszedł czas na "Coffee & TV". Nie pierwszy będzie to występ tej piosenki na tym blogu, ale cóż poradzić - kocham ten utwór.
O 21:55 zapraszam Was oczywiście na 10 najważniejszych dla mnie piosenek w drugim roku HtR.
Utwór po prostu piękny. Ciężko napisać coś innego, bo cóż by to miało być? Peany na cześć solówki gitarowej? Hymny pochwalne dla budowy utworu? Forma odwróciłaby uwagę od treści, jaką jest utwór - powtórzę - po prostu przepiękny.
2. Lenny Kravitz - "The Chamber"
Wydał Kravitz płytę najlepszą od lat. Nie na tyle, by znaleźć się wśród 10 najlepszych w tym roku, ale i tak świetną. A szczytem jej możliwości jest pierwszy utwór singlowy - "The Chamber". Prosta jest to na dobrą sprawę piosenka - oparta na jednym ledwie riffie basu, jednym akordzie i wokalu. No i to właśnie ten wokal (razem ze świetnym tekstem) "robi" cały utwór. Słychać tu wszystko - najmniejsze nawet drgnięcie emocjonalne. Brawa.
3. Skubas - "Nie mam dla ciebie miłości"
Utwór ten wykonywany był już przez Skubasa na koncertach w roku 2013, ale oficjalny debiut nastąpił w maju tego roku. Znów: piosenka bardzo prosta, ale jak wykonana. Tekst oczywiście także robi swoje. A zatem: polska piosenka roku.
To już koniec. Podsumowania i całego roku 2014. Jak się spisał? Całkiem nieźle (biorąc oczywiście pod uwagę muzykę). Bywały lepsze, ale ten również dał radę. Nawet popowe piosenki były jakby mniej żałosne niż zwykle. Weźmy takie "Chandelier" na przykład - świetny utwór. Z kolei Lorde - jedna z największych obok Sii gwiazd tego roku - udowodniła, że jest wokalistką solidną. Co prawda nadal nie umie dobierać sobie repertuaru, ale dobre i to. Czego żałuję? Na pewno słabej płyty Azealii Banks. Miała stać się jedyną wybitną postacią swego gatunku, przeciwwagą dla nieszczęsnej Nicki Minaj, a niestety zbliżyła się muzycznie do tej ostatniej. Więcej można też było oczekiwać od TV on the Radio, Coldplaya oraz Liars, ale ich płyty i tak należą do tych raczej lepszych albo nawet do bardzo dobrych. Na szczęście mieliśmy też krążki tak fantastyczne jak "Our Love" Caribou. Było więc czego słuchać. Czekamy na więcej w przyszłym - oby lepszym - roku, który nosił będzie numer 2015.
Przechodzimy do kolejnej kategorii. Tym razem jest to...
NAJLEPSZY ALBUM
1. Caribou - "Our Love"
Kolejny stopień w ciągłym muzycznym rozwoju Dana Snaitha. Wszystko zaczęło się od dwóch w całości chyba instrumentalnych płyt nagranych jako Manitoba. Później (po perypetiach związanych ze zmianą pseudonimu) przyszedł czas Caribou i "Milk Of Human Kindness". To jednak jeszcze nie było to. Na muzyczny Olimp Kanadyjczyk zaczął wspinać się bowiem dopiero w roku 2007, kiedy to wydana została jego czwarta płyta - "Andorra". Tu już zaczynało się coś dziać, choć raczej alternatywnie, niż - tak jak teraz - elektronicznie. Na to przyszła pora dopiero na "Swim" - albumie piątym, jeszcze lepszym niż poprzednik. Później Snaith zrobił sobie przerwę w wydawaniu płyt pod szyldem Caribou i nagrał jedną ("Jiaolong") jako Daphni. Właśnie ona błyska nam momentami na fantastycznym "Our Love". Ona i "Swim". Mieszanka, jak się okazuje, prawie wybuchowa, tworząca jedną z najpiękniejszych i jednocześnie niebanalnych opowieści o miłości. Jeśli jeszcze ktoś jej nie słuchał, niech koniecznie nadrobi zaległości.
2. Artur Rojek - "Składam się z ciągłych powtórzeń"
Bezapelacyjnie polska płyta roku. Z początku nie byłem do niej przekonany - uważałem ją za nieudolną (choć raczej nieświadomą) kopię płyty Damona Albarna "Everyday Robots". A jednak wszystko się odwróciło i to Rojek otrzymuje drugie miejsce, a Brytyjczyk musi zadowolić się drugą dziesiątką. Stało się tak po części dlatego, że muzyka byłego wokalisty Myslovitz jest na polskim rynku czymś nadal dość rzadko spotykanym - głównie ze względu na to, że mało mamy muzyków o statusie i renomie takiej jak Albarn albo Rojek właśnie; artystów, którzy mogliby nagrać coś osobistego, lekko odmiennego od dotychczasowych ich dokonań bez zmartwień o krytyczne przyjęcie tego materiału. Wyjątkowość Rojka nie jest jednak jedynym współczynnikiem czyniącym z "... Ciągłych powtórzeń" płytę tak dobrą. Czymś takim jest również fakt, że utwory z tej płyty potrafią przekonać do siebie ludzi nie doceniających raczej w przeszłości podobnej muzyki (pop/dance/alternatywa). Umiejętność rzadka, przesądzająca o takim, a nie innym miejscu tego albumu w tym rankingu.
3. Metronomy - "Love Letters"
Uzasadnienie wyjątkowo proste: Metronomy funduje nam na "Love Letters" tak rozmaitą, choć niezwykle spójną i płynną podróż po różnorakich stylistykach, gatunkach oraz klimatach, że na dobrą sprawę wystarczy jeden odsłuch tej płyty (z niezbyt nawet obszernym komentarzem), by już być choć trochę zorientowanym w historii muzyki rozrywkowej po szóstej dekadzie XX wieku. No i te emocje, z albumu wręcz bijące... Nie sposób zapomnieć o tym krążku.
4. D'Angelo & The Vanguard - "Black Messiah"
5. Ninos du Brasil - "Novos mistérios"
6. The Black Keys - "Turn Blue"
7. Fisz Emade Tworzywo - "Mamut"
8. Swans - "To Be Kind"
9. Pablopavo - "Tylko"
10. FKA twigs - "LP1"
11-15 (wg wykonawcy, w kolejności alfabetycznej):
Damon Albarn - "Everyday Robots"
Fink- "Hard Believer"
Mister D. - "Społeczeństwo jest niemiłe"
Pustki - "Safari"
Steve Reich - "Radio Rewrite"
Są też jednak albumy, które - mając na uwadze fakt, że do najlepszych z najlepszych one nie należały - bardzo polubiłem. Oto one:
Coldplay - "Ghost Stories"
Liars - "Mess"
Little Dragon - "Nabuma Rubberband"
Organek - "Głupi"
TV On The Radio- "Seeds"
Co bystrzejsi zauważyli zapewne brak jednego z najbardziej docenianych przez krytykę albumów tego roku: "RTJ2" zespołu Run The Jewels. Dlaczego nie ma go w rankingu? Bo po prostu nie jestem w stanie zdzierżyć brzmienia duetu tworzonego przez Killer Mike'a i El-P. Moim zdaniem ta płyta jest zwyczajnie nieprzyjemna, obrzydliwa wręcz, i wzbudza we mnie odrazę. Przepraszam, nie jestem w stanie w żaden sposób zobiektywizować mojego spojrzenia na to wydawnictwo
Jutro kończymy omawiając kategorię "Najlepsza piosenka" i ostatecznie podsumowując rok.
"Lonely Press Play" to jedna z tych piosenek, które zostają w człowieku na dłużej. Wczoraj na przykład ni stąd, ni zowąd sama wpadła mi do głowy i nie chciała wyjść. Mam nadzieję, że z Wami stanie się to samo.
Premiera nowego albumu mistrza zbliża się wielkimi krokami. Został już tylko tydzień. Tydzień, który możemy zapełnić nagraniami takimi jak świetne "Go Back" z udziałem Damona Albarna. Oprócz tej piosenki Tony Allen opublikował w sieci jeszcze dwa utwory: "Ire Omo" oraz "Boat Journey", ale ze względu na to, że Damon jest poniekąd patronem HTR, przyjrzymy się jednak "Go Back". Co otrzymujemy? Mniej więcej to, co słyszeliśmy w 2008 roku na wspólnej płycie Albarna, Flea oraz Allena - "Rocket Juice & The Moon". No, jest tu trochę więcej afrobeatu (cała płyta też przybierze pewnie inne proporcje), więc fani nigeryjskiego perkusisty tym bardziej powinni być zadowoleni. Jest to oczywiście kompletnie odmienna muzyka niż taki na przykład Fela Kuti, klasyk afrobeatu, ale to chyba tylko kwestia tego, że Allen po prostu tworzy muzykę odpowiednią do naszych czasów. Kuti nagrywał w końcu w latach '70, od tego czasu sporo się w muzyce zmieniło.
Reasumując: płyty trzeba posłuchać, bo zapowiada się niezmiernie ciekawie. Dotrwajmy więc do 14 października.
Ten utwór (nie wiedzieć czemu) kojarzy mi się bardzo z "Harmless Monster" duetu Cocorosie. Może chodzi o konstrukcję tytułu, może o tekst albo nastrój? Ten ostatni faktycznie jest dość podobny - z tym wyjątkiem, że instrumentacje Damona Albarna są często o wiele gęstsze od muzyki Cocorosie, przez co u słuchaczy nie dochodzi do załamań nerwowych (aczkolwiek lekki smaczek depresji nadal pozostaje). Klimaty takie uwielbiam, z początku solowym albumem wokalisty Blur byłem więc zachwycony. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że muzycznie album ten do najwybitniejszych w historii nie należy (choć do kategorii "fantastyczny" i "wysłuchać koniecznie" z pewnością się zalicza). Mimo to na pewno zostanie zapamiętany - choćby za niezwykle spójną kompozycję (wyjątkiem jest może "Mr Tembo", ale takie z pewnością było założenie).
Najważniejsze są jednak teksty i fakt, że cały ten album jest czymś na kształt autobiografii Albarna. Jako że zaliczam się do grupy jego wyznawców płytę nadal kocham. Ale już nie bezkrytycznie.
O, Goryli dawno tu było. Oto jeden z ich lepszych i bardziej rozpoznawalnych utworów. Z ciekawostek dodać można, że w tle pojawia się tu goszcząca niedawno na moim blogu Neneh Cherry. Tak, to ten charakterystyczny wokal pod koniec utworu.