Przyznaję - nie wychowywałem się na muzyce Davida Bowiego. Znałem oczywiście "Space Oddity", "Young Americans", "Let's Dance" (to chyba najlepiej) i parę innych, ale naszą znajomość można określić najwyżej jako powierzchowną. Do mojej muzycznej świadomości wdarł się Bowie gwałtownie wraz z wydaniem "The Next Day" oraz wspaniałego "The Stars (Are Out Tonight)". Pózniej była kompilacja "Nothing Has Changed" i poznawanie jego wcześniejszej twórczości. Była "2001: Odyseja kosmiczna" Kubricka, dzięki której zrozumiałem wreszcie "Space Oddity", które to z kolei swym pięknem mnie onieśmieliło - słuchając go czuję się jak major Tom; jakbym dotykał czegoś, co czyni mnie zupełnie bezradnym wobec swej wielkości (i do dziś nie potrafię się przy tym nie wzruszyć). A przez ostatnie dwa dni zdążyłem się niemalże zakochać w "Blackstar".
David Bowie był zawsze jakaś oczywistością. Stałym punktem odniesienia. Kimś, kogo nie może zabraknąć. Teraz go zabrakło i na razie niezbyt mogę sobie wyobrazić jak to w ogóle możliwe.
Odszedł od nas David Bowie, zostawiając na scenie muzycznej wielką wyrwę. Co z tego, że przez ostatnie dwa-trzy lata nas na to przygotowywał, skoro my nadal nie jesteśmy gotowi.
Mały cynik gdzieś we mnie nadal twierdzi, że to wszystko jest genialnym chwytem marketingowym, a Bowie powstanie z martwych - jak Łazarz.
Jedna z najsmutniejszych piosenek Bowiego. Dorównuje jej chyba tylko "Where Are We Now?" z najnowszej płyty - "The Next Day". Ciężko jest mi wysłowić się mając przed sobą tak wspaniały dźwiękowy obraz przedstawiający bezkresny smutek wobec nieskończonego piękna, będącego jednocześnie (a może przede wszystkim) pustką. Bo piękno zazwyczaj jest pustką.