A to taka perełka z debiutanckiego albumu jeszcze dwuosobowej podówczas grupy TV On The Radio. Płyta nazywa się "OK Calculator" (co jest jawnym nawiązaniem do tytułu jednej z najlepszych płyt ostatniej dekady XX wieku - "OK Computer" zespołu Radiohead) i została wydana w roku 2002 w nakładzie bardzo ograniczonym. Co jednak najważniejsze, można ją z czystym sumieniem ściągnąć z internetu. Tunde w jednym z wywiadów stwierdził bowiem, że mu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, cieszy się z faktu, że ludzie nadal tego słuchają i im się to podoba. Nic w gruncie rzeczy dziwnego, bo płyta jest całkiem przyjemna. Nie jest to arcydzieło (do tego jej daleko), lecz widać tu już pomysłowość, która w latach późniejszych przyniosła brooklyńczykom uznanie przecież spore. "Say You Do" jest tu chlubnym wyjątkiem - co prawda nie tak kreatywne jak na przykład "Freeway" albo "Yr God", ale muzycznie dobre na tyle, że spokojnie mogłoby znaleźć miejsce na jednym z longplayów (a przynajmniej na jakiejś małej, nikomu nieprzeszkadzającej EPce). Nie znalazło - trudno. Ale mamy "OK Calculator". Zawsze to coś.
Doskonały sposób by rozpocząć nowy rok - depresyjna piosenka depresyjnego zespołu. Wiem, znowu zanudzam Was tym TVOTR, ale cóż poradzić - miałem się dzielić porządną muzyką, więc to robię. To, że przy okazji możliwe jest wpędzenie choć części z Was w depresję, w tym wypadku - przepraszam - nie ma znaczenia. Ważniejsza jest troska o muzyczne uświadomienie ludzkości. Choćby i poprzez najbardziej smętne lub (jak w tym przypadku) dołujące piosenki świata.
Utwór po prostu piękny. Ciężko napisać coś innego, bo cóż by to miało być? Peany na cześć solówki gitarowej? Hymny pochwalne dla budowy utworu? Forma odwróciłaby uwagę od treści, jaką jest utwór - powtórzę - po prostu przepiękny.
2. Lenny Kravitz - "The Chamber"
Wydał Kravitz płytę najlepszą od lat. Nie na tyle, by znaleźć się wśród 10 najlepszych w tym roku, ale i tak świetną. A szczytem jej możliwości jest pierwszy utwór singlowy - "The Chamber". Prosta jest to na dobrą sprawę piosenka - oparta na jednym ledwie riffie basu, jednym akordzie i wokalu. No i to właśnie ten wokal (razem ze świetnym tekstem) "robi" cały utwór. Słychać tu wszystko - najmniejsze nawet drgnięcie emocjonalne. Brawa.
3. Skubas - "Nie mam dla ciebie miłości"
Utwór ten wykonywany był już przez Skubasa na koncertach w roku 2013, ale oficjalny debiut nastąpił w maju tego roku. Znów: piosenka bardzo prosta, ale jak wykonana. Tekst oczywiście także robi swoje. A zatem: polska piosenka roku.
To już koniec. Podsumowania i całego roku 2014. Jak się spisał? Całkiem nieźle (biorąc oczywiście pod uwagę muzykę). Bywały lepsze, ale ten również dał radę. Nawet popowe piosenki były jakby mniej żałosne niż zwykle. Weźmy takie "Chandelier" na przykład - świetny utwór. Z kolei Lorde - jedna z największych obok Sii gwiazd tego roku - udowodniła, że jest wokalistką solidną. Co prawda nadal nie umie dobierać sobie repertuaru, ale dobre i to. Czego żałuję? Na pewno słabej płyty Azealii Banks. Miała stać się jedyną wybitną postacią swego gatunku, przeciwwagą dla nieszczęsnej Nicki Minaj, a niestety zbliżyła się muzycznie do tej ostatniej. Więcej można też było oczekiwać od TV on the Radio, Coldplaya oraz Liars, ale ich płyty i tak należą do tych raczej lepszych albo nawet do bardzo dobrych. Na szczęście mieliśmy też krążki tak fantastyczne jak "Our Love" Caribou. Było więc czego słuchać. Czekamy na więcej w przyszłym - oby lepszym - roku, który nosił będzie numer 2015.
Tak, właśnie po raz trzeci dzielę się z Wami tą samą piosenką. Tym razem jednak w trochę innej wersji, ponieważ jest to remix Natashy Kmeto. Remix fantastyczny, dodajmy. Jeden z lepszych, które w tym roku słyszałem. Fakt, muzyka jest to jak na TVOTR dość nietypowa (co widać po reakcjach fanów - wystarczy zajrzeć do komentarzy na portalu YouTube), ale tonalnie niesamowita. Wszystko tam do siebie pasuje - jest może ledwie jeden dźwięk, który mógłby zostać zagrany inaczej (pod koniec pierwszej zwrotki), ale poza tym - majstersztyk. Nie zalecam jednakże wszelkich porównań z oryginałem, bo to dwie zupełnie różne kategorie. Oba utwory uznajmy zatem za doskonałe i tej oceny się trzymajmy.
Wreszcie wszedłem w posiadanie najnowszego albumu mojej ulubionej chyba grupy - TV On The Radio- i spieszę, by napisać o nim słów kilka.
Z początku nie mogłem się zdecydować co myślę o "Seeds". Ten stan utrzymywał się może do trzeciego odsłuchu, kiedy to mniej więcej płytę zacząłem poznawać i stwierdziłem, że jest ona naprawdę dobra. No, może nie do tego stopnia co "Desperate Youth, Bloodthirsty Babes" (notabene płyta bardzo niedoceniana), ale jednak trzyma poziom. Jest tu kilka perełek - "Trouble", "Could You", "Happy Idiot". Co do nastroju - jest inaczej niż zwykle. Trochę jakby weselej, może bardziej poprockowo (acz nie jest to oczywiście żadna wada). Teksty nadal świetne, dotyczące w dużej części oszukiwania samego siebie (patrz: "Trouble"). Warto posłuchać, rozczarowani nie będziecie, ale należy mieć świadomość, że panów z TVOTR stać na więcej.
Kolejny przykład na to, że do poszczególnych piosenek TVOTR należy dojrzeć. Ta zasada tyczy się właściwie nawet całej ostatniej płyty nowojorczyków - "Nine Types Of Light". I - co najlepsze - naprawdę nie mam pojęcia z czego może to wynikać. Nie jest to bowiem muzyka wyjątkowo trudna. Do najłatwiejszych nie należy, ale - nie oszukujmy się - nie jest to poziom "Music For Pieces Of Wood" Steve'a Reicha. Odpowiedzi na dylemat może nam jednak udzielić wychodząca już za kilkanaście dni najnowsza płyta TV On The Radio- "Seeds". Czekamy z niecierpliwością.
A w międzyczasie, z okazji organizowanych akurat w Krakowie Międzynarodowych Targów Książki, chciałem wytknąć, iż jedyne polskie targi muzyczne organizowane są w Poznaniu i opierają się głównie na sprzęcie muzycznym. Brak imprezy promującej muzykę samą w sobie w naszym kochanym Krakowie jest doprawdy godzien utyskiwania.
Jakoś tak dziwnie się dzieje, że do piosenek TV On The Radiotrzeba dojrzewać. Nie chodzi nawet o ogólną dojrzałość muzyczną, tylko o zwykłe osłuchanie z nimi. Pisałem o tym już przy okazji "Happy Idiot" - z początku można pomyśleć, że dany utwór nie należy do kategorii utworów szczególnie interesujących. Ale słucha się tego dalej - ot, tak. No i po którymś (w moim przypadku chyba około dwudziestym) przesłuchaniu zaczyna się to człowiekowi podobać. Tak więc proszę słuchać, dojrzewać i, w konsekwencji, zachwycać się.
Taaak, wiem że publikowałem tu tę piosenkę ledwie dwa tygodnie temu. Ale co z tego, skoro jest piękna i ukazał się do niej teledysk. Co prawda odrobinę rozczarowujący (po Paulu Reubensie spodziewałem się czegoś więcej), ale za to odkrywający nową twarz piosenki. Poza tym jest on po prostu przyjemny dla oka.
W zeszły wtorek, nie mając żadnego pomysłu na niedzielny post, zapowiedziałem niespodziankę. Jest już co prawda poniedziałek, ale macie wymyślony naprędce prezent.
Nie mówcie że nie słyszeliście o tym popularnym ostatnio łańcuszku internetowym polegającym na konieczności wymienienia dziesięciu książek, które wywarły na Was szczególny wpływ. Uznałem, że to samo można właściwie przenieść na muzykę. Oto przed Wami chronologiczna w miarę lista 10 piosenek, które zmieniły moje pojmowanie muzyki lub moją psychikę. Tak, takie też są.
1. Coldplay - "Twisted Logic"
"X&Y" to moja pierwsza płyta. Nie pierwsza której słuchałem, bo zawsze muzykę lubiłem, ale wcześniej były to płyty należące do mojego Taty - Młynarski, Nohavica, The Beatles, Nina Simone i wielu innych. Coldplay był zawsze zespołem "moim". Pierwszym. A ta piosenka była pierwszą stricte moją, która zaparła mi dech w piersiach.
2. TV On The Radio- "Ambulance"
Gdy pierwszy raz usłyszałem "Ambulance" nie do pomyślenia było dla mnie, że można w ten sposób zaśpiewać piosenkę. No bo jak to tak - bez instrumentów? Dźwięki paszczowe stworzone przez TV On The Radiobardzo przypadły mi do gustu, więc słuchałem ich dalej. Aż wreszcie pojawiła się płyta "Dear Science" i utwór "Love Dog", który sprawił, że pokochałem ich muzykę. Na psychikę mą najbardziej wpłynęły jednak utwory "Don't Love You" oraz "Blind" - ale to później, w okolicach zeszłego roku.
3. Gorillaz - "Cloud Of Unknowing"
Katharsis, uniesienie w inny świat. Tę piosenkę chciałbym usłyszeć na moim pogrzebie. W sumie trochę niefortunny dobór słów.
4. Yeasayer - "Rome" (live)
Yeasayera poznałem dzięki artykułowi w Gazecie Wyborczej. Na przykładzie "Live At Ancienne Belgique" Yeasayera właśnie oraz EPki "Landmarks Of Lunacy" autorstwa grupy Klaxons opisany był tam fenomen darmowego udostępniania muzyki w internecie. Płyty ściągnąłem i przesłuchałem. Drugą z nich doceniłem dopiero po latach kilku, lecz "Live At Ancienne Belgique"do gustu przypadło mi od razu. Ta nowa energia (szczególnie ukazana w "Rome") otwarła mnie na muzykę dziwną. Bez tego nigdy nie przekonałbym się choćby do M.I.A.
5. Metronomy - "Love Underlined"
"The English Riviera" to moja pierwsza płyta Metronomy. Poznałem ją dzięki utworom singlowym - "The Look" oraz "The Bay". Były ciekawe, więc płyty odważyłem się posłuchać. No i na niej odkryłem "Corinne" oraz "Love Underlined", które mnie porwały. Dzięki temu bardzo zainteresowałem się ich kolejną płytą - "Love Letters" - która zapewne pojawi się kiedyś w pełnej wersji w ramach recenzji.
6. Liars - "No Barrier Fun"
Drugie po TV On The Radiozanurzenie się w muzykę mroczną. Psychodelia grupy Liars była i jest bardzo wciągająca. Z kolei "No Barrier Fun" było chyba najbardziej szokującym w pierwszej chwili utworem.
7. Jane's Addiction - "Ted, Just Admit It"
Coś zupełnie nowego - ostre gitary, mocny wokal, te słowa Teda Bundy'ego w drugiej minucie piosenki (polecam poczytać co nieco o nim samym i o umieszczeniu go w piosence) oraz okrzyk "Sex is violent". I szaleństwo tuż po nim.
8. Tomek Makowiecki feat. Daniel Bloom & Józef Skrzek - "Dziecko Księżyca"
Jeden z najpiękniejszych polskich utworów. Może w historii, może tylko w XXI wieku. Ale niezaprzeczalnie piękny, przenoszący w inną (nie)rzeczywistość.
9. Fela Kuti - "Zombie"
Zapoznając się z całą dyskografią Damona Albarna napotkałem na zespół o nazwie Rocket Juice & The Moon. Składał się on z Albarna, Flea oraz Tony'ego Allena. Ten ostatni mnie zainteresował - był ponoć legendą afrobeatu. Nie miałem wówczas pojęcia cóż to za gatunek, zacząłem więc szukać najbardziej reprezentatywnego dla niego utworu. Tak natrafiłem na "Zombie", które mnie zachwyciło i spowodowało do zagłębienia w muzykę okołoafrykańską.
10. Darkside - "Metatron"
O tym utworze już pisałem. Przypomnę więc tylko, że to najlepszy utwór jaki słyszałem od dawien dawna. Po prostu arcydzieło.
Nie nominuję oczywiście nikogo, nie zamierzam rozpętywać kolejnego łańcuszkowego piekła, ale bynajmniej nie obrażę się na Was, jeśli w komentarzach pod postem lub na facebookowej stronie bloga podzielicie się swoim wyborem piosenek.
Są tu jacyś fani TVOTR? Jeśli tak, to może Was zainteresować wiadomość o wydaniu nowego singla tej grupy. "Happy Idiot" (bo tak nazywa się ten utwór) promuje album "Seeds" mający się ukazać 18 listopada 2014 roku (można już zamawiać go w pre-orderze w sklepie iTunes). I cóż można o tym singlu powiedzieć... Obawiam się, że jeśli chodzi o TV On The Radio, to z powodu mojej wyjątkowej nieobiektywności w stosunku do nich jestem beznadziejnym krytykiem. Z początku jednak (o dziwo) utwór ten kompletnie nie przypadł mi do gustu. Uznałem to za coś może niekoniecznie nawet wtórnego, lecz nieszczególnie kreatywnego. Posłuchałem drugi raz - meh, nadal nic. Trzeci - o, to ma nawet jakiś tekst. Czwarty - i to nawet całkiem fajny tekst. Piętnasty - ok, kocham tę piosenkę. I tak dalej. Słucham tego już po raz nie wiem który i oderwać się nie mogę.
Ten tekst, o którym wspominałem, jest chyba największą zaletą utworu. Nawiązuje on do tych pięknych czasów, w których TVOTR nagrywali zawartą na EPce pt. "Young Liars" piosenkę "Blind" - chyba najlepszą w historii grupy (chwyta ze serce, oczy oraz uszy i nie puszcza aż do końca płyty, gdy nastrój łagodzi nieco cover piosenki zespołu Pixies - "Mr Grieves". W każdym razie nie polecam słuchać "Blind" jako osobny utwór, bo gdy po utworze następuje cisza, można się zagubić i nie odnaleźć). Muzyka z kolei jest kontynuacją tego, co zostało zaczęte przez nieumieszczony na trackliście "Seeds" drugi utwór nagrany po śmierci Gerarda Smitha (i jednocześnie drugi po ostatniej płycie - "Nine Types Of Light"), "Mercy". Nazwałbym to nostalgicznym art rockiem. Słychać tu produkcję Davida Sitka, ale jednocześnie jestem prawie pewien, że piosenkę tę napisał nie on, a Tunde Adebimpe.
Podrzucę jeszcze urzekający w dziwny sposób fragment notki z "Entertainment Weekly", dotyczącej tego singla właśnie:
"The latest single from their upcoming album Seeds is as lyrically direct as it is musically, with frontman Tunde Adebimpe musing on non-thinking as a strategy for coping with emotional pain (...)"
Tak bardzo chciałbym coś jeszcze na ten temat napisać, ale emocje ponoszą i nie da się już nawet porządnie tego pochwalić. Posłuchajcie sobie, miło by było, gdybyście chociaż dali znać co o tym utworze sądzicie. Nieznajomych zapraszam do komentarzy, a znajomych na facebookowy priv.