Szukając przedwczoraj jakichś informacji na temat techniki Jamesa Blake'a, na jakimś forum napotkałem na taki oto utwór. Wykonawcy oczywiście zupełnie nie znam, może nie jest to nawet żaden profesjonalista. Nie mam pojęcia, ważne że jest ciekawie, energicznie i mrocznie.
Od kilku tygodni jestem nieustannie namawiany do posłuchania The Afghan Whigs. Zespół wcześniej znałem, ale raczej przelotnie - z radia oraz z nazwy - i nie zanosiło się na to, bym chciał go lepiej poznać. Aż do momentu, gdy usłyszałem ich cover "Every Little Thing She Does Is Magic" grupy The Police (którego styl nazwałbym tłocznym minimalizmem). Chyba jednak przesłucham ich dyskografię.
James Blake pojawiał się tu już niejednokrotnie. Dziś za to po raz pierwszy próbuję o nim coś napisać i nie ukrywam, że nie idzie mi zbyt dobrze. Jest tak zapewne dlatego, że do muzyki tego artysty mam wyjątkowo osobisty stosunek - od około roku towarzyszy mi zawsze w trudniejszych momentach i spisuje się znakomicie (czytaj: dołuje jeszcze bardziej). Elektroniczne podkłady, wyjątkowy wokal i ten mrok... Wszystko to pociąga. Strasznie. Mógłbym oczywiście pisać o technice tworzenia takich utworów, o stylu Blake'a przypominającym spowalnianie podkładów tanecznych i wprowadzanie ich w tonację molową, ale i tak wystarczająco dobrze nie ujmę w słowach specyficznego nastroju, jaki wytwarza ta muzyka. Lepiej posłuchajcie.
Po elektrycznej Tosce przyszedł czas na indie-popowy zespół Leagues. Kolejny, który poznałem dzięki Noisetrade'owi. I znów: nie jest to żadna wybitna muzyka, ale słucha się tego przyjemnie. Wyróżnikiem płyty "You Belong Here", z której pochodzi ten utwór jest to, że każda piosenka z niej brzmi jak singiel. Prawie żadna nie wybija się nad inne, wszystkie trzymają całkiem dobry poziom. No i warto wspomnieć o rewelacyjnym wokalu, bodaj najciekawszym który słyszałem od czasu, gdy poznałem Yeasayera (a było to ponad 3 lata temu). Enjoy.
Niedawno, przy okazji "Psyche" Massive Attacku wyraziłem nadzieję na powstanie kolejnych płyt przybliżających dobrą muzykę (głównie elektroniczną) szerszej publiczności. Jak widać, życzenia potrafią się spełniać - wczoraj austriacki duet Tosca opublikował pierwszy singiel z nowej płyty. I jest to utwór - jak w przypadku poprzednich dokonań Toski klimatyczny, niepozbawiony ich znaku szczególnego, czyli świdrujących w tle syntezatorów, ale jednocześnie krótki, chwytliwy; radiowy wręcz. Do tej pory utwory Toski pojawiały się w polskich stacjach radiowych głównie u Michała Margańskiego z radiowej Trójki, i to zazwyczaj w nocnej audycji Potrójne Pasmo Przenoszenia (którą bardzo polecam; możną ją usłyszeć kilka minut po północy w nocy z soboty na niedziele). Jest szansa, że utwory z tej płyty pojawią się nawet na polskich listach przebojów. Moim skromnym zdaniem byłby to niewątpliwy sukces.
Przedstawiam Wam utwór otwierający najlepszą wersję słynnej "Carminy Burany" - rockowo-elektroniczną interpretację autorstwa zmarłego kilka lat temu klawiszowca zespołu The Doors - Raya Manzarka. Niezwykła energia, charakterystyczne dla lat 80. wstawki elektroniczne i przede wszystkim kreatywne instrumentacje - wszystkie te przymioty doskonale współgrają z mocnymi, acz niezmienionymi partiami chóralnymi.
Tę piosenkę poznałem dzięki świetnej kompilacji utworów stworzonej z okazji piętnastolecia Paszportów Polityki - nagród przyznawanych przez tygodnik Polityka najciekawszym artystom danego roku. I choć nie wyznaję takiego alkoholowo-tytoniowego stylu życia, to utwór i tak cieszy. Doskonała gitara i charakterystyczny wokal Wojciecha Waglewskiego (notabene prowadzącego też z synem - hiphopowcem Fiszem - audycję muzyczną w mojej ulubionej radiowej Trójce, o której wspominałem wczoraj przy okazji muzyki Organka) sprawiają, że piosenkę tę ciężko wygnać ze swojej głowy.
Ciągle nie mogę się nadziwić temu, że na moim blogu nie pojawiła się jeszcze muzyka Tomka Organka. Jego płytę "Głupi" uważam za jedną z lepszych polskich płyt wydanych w tym roku. Utwory takie jak "Nie lubię", "Młodzież szuka sensacji" czy "Stay" mają olbrzymi radiowy potencjał (wykorzystywany zresztą przez radiową Trójkę). Warto też wspomnieć o (niestety dostępnym jedynie na YouTubie) fantastycznym coverze piosenki "Creep" (oryginalnie wykonywanej oczywiście przez Radiohead). No i dochodzimy wreszcie do ostatniego dokonania Organka i jego zespołu - coveru "Ta nasza młodość", jednego z hymnów krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, pieśni ze słowami Tadeusza Śliwiaka i muzyką Zygmunta Koniecznego, wyśpiewanej przepięknie przez Halinę Wyrodek. Typowe, organkowe, brudne brzmienie gitary w nietuzinkowej reinterpretacji. Zupełnie nowe, doskonałe ujęcie tematu.
Oto nowy singiel Franza Ferdinanda. Niestety nie zapowiada on nowego albumu, a przypomina ostatni - "Right Thoughts, Right Words, Right Action". Jedna z bardziej interesujących piosenek z tej płyty, lekko kołysząca, z pewnością ciekawiej skonstruowana niż np. dość znane "Fresh Strawberries". I z tym Was zostawiam, bo płyta ta nie należy do najlepszych płyt FF, więc i zbyt wiele o niej nie napiszę.
Przedwczoraj wspominałem o Arcade Fire przy okazji piosenki "Two-Headed Boy". No i wywołałem wilka z lasu - przesłuchałem wczoraj na nowo, po jakichś dwóch latach, ich drugi album - "Neon Bible" - i uderzyła mnie ta piosenka. Nawet bardziej niż moje ulubione, wspaniałe utwory "Windowsill" i "My Body Is A Cage". Przy okazji - ten ostatni został doskonale zreinterpretowany przez Petera Gabriela. Wracając do tematu - "No Cars Go" to piosenka poniekąd zapowiadająca następcę "Neon Bible" - płytę "The Suburbs". I nie chodzi bynajmniej o zapowiedź dosłowną, a o zapowiedź stylistyczną. AF wchodzą tu poniekąd w klimat kolejnej (a odległej przecież o 3 lata!) płyty. Energiczny, ale też nieco przygnębiony (i przygnębiający zarazem). Trochę jak ucieczka przed przykrą rzeczywistością.
Jedna z najsmutniejszych piosenek Bowiego. Dorównuje jej chyba tylko "Where Are We Now?" z najnowszej płyty - "The Next Day". Ciężko jest mi wysłowić się mając przed sobą tak wspaniały dźwiękowy obraz przedstawiający bezkresny smutek wobec nieskończonego piękna, będącego jednocześnie (a może przede wszystkim) pustką. Bo piękno zazwyczaj jest pustką.
O tej piosence wiele nie napiszę, bo muzyka tego zespołu dopiero niedawno została mi podrzucona. Powiem tylko, że może spodobać się to wielbicielom zespołów takich jak Fleet Foxes i Arcade Fire.
Ach, minimalizm, moja miłość... Jeden z najważniejszych nurtów współczesnej muzyki poważnej, rozwijany głównie przez Phillipa Glassa oraz Steve'a Reicha właśnie. Moim osobistym faworytem jest jednak Michael Nyman (który również już się tu pojawiał) - autor m.in. wielu ścieżek dźwiękowych - w tym tej do ulubionego przeze mnie filmu Petera Greenawaya "Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek". Wróćmy jednak do Steve'a Reicha. Nie będę udawał, że jest to muzyka łatwa. Nie jest, trzeba się na tym naprawdę skupić. Dotyczy to zresztą zarówno słuchaczy, jak i wykonawców (co doskonale widać na załączonym nagraniu).
Do tych, którzy obawiają się, że ich ucho nie jest wyrobione: nie przestraszcie się tego utworu. Spróbujcie posłuchać przynajmniej pierwszych dwóch minut (czyli swego rodzaju wstępu) i zobaczcie, czy jesteście gotowi na prawdziwą akcję. Jeśli nie, polecam posłuchać najpierw wspomnianego już Michaela Nymana i jego "Memorialu" (utworu otwierającego wymieniony wyżej soundtrack) lub dowolnej (najlepiej trzeciej) części "Electric Counterpoint" Steve'a Reicha. Jest to coś znacznie łagodniejszego - w wypadku "Electric Counterpoint" nastrojem lekko zbliżonego do pierwszej części "Tubular Bells" Mike'a Oldfielda. Coś, na czym można nauczyć się słuchać takiej muzyki. W moim wypadku zadziałało.
Mam nieodparte wrażenie, że płyta "Heligoland" (z której pochodzi ten utwór) odgrywa w dorobku Massive Attack rolę podobną do "Random Access Memories" w dorobku Daft Punku. Czemu? Jest łatwiejsza (żeby nie powiedzieć "popowa"), bardziej melodyjna, większy nacisk kładzie się na wokale. Daje nam to utwory takie jak "Psyche" lub "Get Lucky" - piosenki które na dłużej zapadają w pamięć szerszej grupie słuchaczy i zachęcają do zapoznania się z pełną twórczością grupy. Jeszcze sporo przed wyjściem "Get Lucky" i tak znałem na pamięć całą dyskografię Daft Punku, ale już na przykład Massive Attackiem zainteresowałem się właśnie dzięki "Psyche". No cóż, więcej takich płyt od innych wykonawców poproszę.
Oto zdecydowanie najpiękniejsza piosenka z nowej, świetnej płyty Finka. Wykonawcę tego odkryłem zresztą stosunkowo niedawno, właśnie za sprawą tej piosenki, i od razu zachwycił mnie jego głos. Jest w nim jakaś ostra nuta, coś przeszywającego na wskroś i sprawiającego, że po tej muzyce musisz zbierać się z podłogi. Do tego fantastyczne, minimalistyczne wręcz, głównie gitarowe kompozycje.
Warto też zauważyć, że album ten jest świetnie wyprodukowany. Często w ogóle nie docenia się produkcji i skupia się jedynie na samych wykonawcach. Jest to jeden z częściej popełnianych przy ocenie płyt błędów. Ten album wyprodukowany został przez Billy'ego Busha, który dotychczas współpracował m.in. z zespołami Snow Patrol, Muse, Foster The People oraz (przede wszystkim) Garbage (z Shirley Manson, wokalistką tego zespołu, wziął zresztą niedawno ślub). Wydawcą najnowszej płyty Finka jest z kolei znana wytwórnia Ninja Tune - ta sama, która wydaje nagrania polskiego duetu nujazzowego Skalpel. Świat jest mały.
Ech, miało w najbliższym czasie Skubasa nie być, ale piosenka ta prześladuje mnie nieubłaganie. Warto więc przy okazji zaznaczyć, że utwór ten ma fantastyczny tekst. Warstwa muzyczna, choć dość prosta (opierająca się głównie na gitarze), również trzyma poziom. I to chyba wszystko co mogę powiedzieć o tym utworze bez wchodzenia ani w moje odczucia do niego, ani w analizę muzyczną. O samym Skubasie też mogę powiedzieć niewiele - dotychczas znany był głównie ze współpracy ze Smolikiem, dopiero w 2012 roku na poważnie rozpoczął karierę solową wydając płytę "Wilczełyko". Skubas był również jednym z większym nazwisk tegorocznego Męskiego Grania. Aż żałuję że się nie wybrałem.
Oto zdecydowanie najwyższa półka muzyczna. Brandt Brauer Frick Ensemble, zespół balansujący na granicy muzyki poważnej (minimalizm) i rozrywkowej (techno). Niestety są dość mało popularni w Polsce, choć to bodaj najlepszy zespół niemiecki zaraz po Kraftwerku (zapomnijcie o Rammsteinie).
Akurat ta konkretna piosenka nie wykorzystuje zbytnio dobrodziejstw muzyki techno, jest tu więcej smyków, mniej elektroniki. No i ciekawy, minimalistyczny wokal Emiki - brytyjskiej artystki elektronicznej czeskiego pochodzenia. Na dodatek świetny, mocny, turpistyczny wręcz teledysk. Całość doskonała do rozmyślań nad kondycją ludzkości. Enjoy.
I znów goszczę u siebie Fleet Foxes. Tym razem w trochę bardziej popowym wydaniu, znacznie mniej alternatywnie. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z utworem znacznie gorszym niż "The Shrine/An Argument". Mimo, że tej piosence ciężko jest dorównać, "Mykonos" radzi sobie całkiem nieźle. Aż muszę posłuchać tej płyty FF. Na razie trzymałem się głównie "Helplessness Blues", trzeba próbować nowych rzeczy.
"Nie mam dla ciebie miłości" Skubasa już tu niedawno było, więc nie wrzucam tego (na razie) po raz kolejny, ale możecie tego posłuchać i uznać to za utwór bonusowy.
Kilka lat temu zupełnie przypadkiem znalazłem w otchłaniach internetu serwis NoiseTrade. Jest to portal pozwalający na legalne, darmowe (lub za dowolną wybraną przez siebie cenę) ściąganie płyt wielu niezależnych artystów. Chyba najbardziej rozpoznawalni wykonawcy którzy się tam pojawili to Radiohead, Alcoholic Faith Mission oraz Joan As Policewoman. Jest to bardzo obfite źródło ciekawej muzyki, korzystam z niego mniej więcej raz w miesiącu i jestem niezmiernie zadowolony.
Podczas jednego z muzycznych poszukiwań natrafiłem tam na artystę zwanego Canon Blue. Miał on tworzyć muzykę inspirowaną punktualizmem i łączącą w sobie pop oraz alternatywę. Jak wyszło? Cóż... Spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Z trochę wyższej półki. Jednak to co wyszło i tak cieszy. W stopniu umiarkowanym, raczej jako muzyka tła, a nie kąsek dla audiofila, ale słucha się tego przyjemnie i łatwo. Dla początkujących, jako popowy wstęp do muzyki alternatywnej - całkiem niezłe.
Przy okazji warto napomknąć o piosence Toma Waitsa o tożsamym tytule. Zresztą kiedyś pojawiła się już chyba na moim blogu.
Oto wspaniała, piętrowa kompozycja stworzona przez zespół Fleet Foxes. Chyba najdłuższy z ich utworów, okraszony piękną kakofonią pod koniec. Piosenka ta składa się z dwóch części: "The Shrine" oraz "An Argument", z których każdą można właściwie podzielić na dwie kolejne. Inspirujące, intrygujące. Piękne. Można pogrążyć się w świecie marzeń. Do tego samego celu może zresztą służyć cała płyta "Helplessness Blues".
Niezmiernie żałuję, że nowa płyta Jacka White'a nie jest tak dobra jak jego solowy debiut - "Blunderbuss", z którego piosenkę tytułową chciałbym Wam dziś zaprezentować. Artysta niestety pokazuje na "Lazaretto" niewiele poza tym, co słyszeliśmy na pierwszym albumie. Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę bynajmniej, że druga płyta Jacka White'a jest słaba, po prostu oczekiwałem więcej. Może niesłusznie, ale z "Blunderbuss" na kilometr czuć było moc, energię, kreatywność, różnorodność. "Lazaretto" jest bardziej jednorodne, nie ma tu też żadnych wybijających się utworów (no, może poza instrumentalnym "High Ball Stepper"). Całość trzyma jeden, równy, wysoki poziom - tak jak na "Blunderbuss". Różnica polega jednak na tym, że "Lazaretto" utrzymane jest w większości w jednej i tej samej konwencji, podczas gdy wyróżnikiem pierwszej płyty i tym, co najbardziej rozbudzało moje oczekiwania, był fakt, że White skakał tam między gatunkami w sposób nieuchwytny dla przeciętnego słuchacza. Jak (nomen omen) Biały Królik, wprowadzający nas do Krainy Czarów.
Na początku chciałbym ostrzec, że wielbiciele Eminema mogą poczuć się tu srogo dotknięci. W związku z tym odradzam im czytanie tego posta i posłuchanie sobie jakiegoś porządnego hip hopu (może być to).
Oto jedyna bodaj piosenka Eminema którą jestem w stanie zdzierżyć. Czemu jedyna? Bo po prostu go nie lubię. I nie jest to wcale kwestia tego, że nie lubię hip hopu - uwielbiam hip hop. Sęk w tym, że Eminem go nie uprawia - on uprawia gatunek, który można nazywać hip popem. Jest to zazwyczaj rapowany pop z pewnymi elementami hip hopu (np. samplami). W kierunku hip popu swego czasu odwrócił się nawet lubiany przeze mnie Jay-Z, w tym klimacie często siedzi również Snoop Dogg. W samym hip popie również nie ma jednak nic złego - kilka lat temu niezmiernie spodobała mi się taka właśnie popowa piosenka Jaya-Z - "Empire State of Mind" - nagrana z Alicią Keys.
W Eminemie nie podoba mi się jego nastawienie do muzyki oraz to, jak odbierają go fani. Jest uważany za kogoś, kto zmienił podejście do hip hopu na świecie. Błąd - on zmienił podejście do rapu, stworzył swój odrębny styl. Ale rap to nie gatunek. Rapują oczywiście głównie hiphopowcy, ale rapuje też Kazik w swoich typowo rockowych lub altrockowych utworach takich jak "Inwazja waranów" lub "Jeden przykład fortuny z rodzimego kraju", rapuje Plan B na swojej popowo-soulowej płycie "The Defamation of Strickland Banks". Eminem jest również uważany za kogoś wyjątkowego, bo jako biały "przebił się" w czarnym hiphopowym środowisku. Tylko problem polega na tym, że oprócz rzekomego przebicia się trzeba jeszcze zaprezentować coś szczególnego, nietypowego. Eminem jest do bólu szablonowy - mówię tu i o tekstach, i o warstwie muzycznej. Jego piosenki mogłyby zostać równie dobrze napisane przez Lil Wayne'a lub innego artystę jego pokroju. Jedynym więc na razie wyróżnikiem Eminema jest jego styl rapowania, który też jednak do rewolucyjnych nie należy.
Czemu więc Eminem jest najlepiej sprzedającym się artystą XXI wieku? Dlatego że jest biały. I tak, jest to dość drastyczna diagnoza, ale inaczej nie da się tego wytłumaczyć. Marshall Matters to ktoś, z kim mogą identyfikować się młodzi europejscy lub amerykańscy "rebelianci" (naturalnie niezrozumieni przez otaczającą ich rzeczywistość), którzy oczywiście jak Eminem chcą być bogaci i uwielbiani (patrz teksty na pierwszej, wyjątkowo marnej zresztą, płycie Eminema). Nie mogą jednak identyfikować się z czarnym (choć często znacznie lepszym) raperem, takim jak RZA, bo problemy kogoś takiego jak Eminem są im bliższe od problemów przedstawianych w tekstach czarnoskórych artystów (np. dyskryminacja rasowa, życie zgodne z kodeksem miejskiego samuraja, walki gangów - no, przyznajmy, są to sprawy dość odległe dla nastoletniego krakowianina lub londyńczyka).
Mamy tu więc wzór na doskonale sprzedającego się artystę: hip hop (uwielbiany przez masy) + biały człowiek (bo czarny człowiek jest gorszy od białego - duh!) + legenda o przebijaniu się do muzycznej elity i bogatego świata (choć w rzeczywistości przebijać się wcale za bardzo nie musiał, a "8. mila" jest znacznie podkoloryzowana). Muzyka może być przeciętna, ale ona przecież się nie liczy. Kogo obchodzi wysoki poziom kultury muzycznej?!
ABBA to zespół niekoniecznie przypisywany do disco. I słusznie, bo większość ich twórczości jest raczej popowa. Ten utwór jednak można spokojnie zaliczyć do muzyki dyskotekowej, pokrewnej choćby Bee Gees. Wyrazisty rytm + energiczne tempo + typowy "abbowy" wokal = piosenka należąca do grupy najbardziej rozpoznawalnych utworów lat 70.
Dziękuję za uwagę, to był tydzień disco. Jutro piosenka artysty, którego nie lubię.
Ten utwór po prostu nie mógł się tutaj nie znaleźć. Przecudna partia skrzypiec, charakterystyczny wokal oraz niewiarygodny wręcz taniec Bobby'ego Farrella łączą się w utwór doskonale reprezentujący nurt disco i oddający jego dość (o dziwo) drapieżny charakter. No i (choć tancerz ze mnie żaden) tańczy się do tego świetnie.
Jutro kończymy tydzień disco.
Tej piosenki po prostu nie mogło zabraknąć. Uwielbiany przez tłumy (w tym, przyznaję, przeze mnie) hit Bee Gees z końca lat 70. (złotej ery disco) to naturalnie klasyka gatunku. I znowu: energia, radość (aż się dziwię, że lubię tę piosenkę). Nie można też przy okazji nie wspomnieć o licznych odwołaniach do tej piosenki w popkulturze. Moim ulubionym jest chyba to z "Sherlocka" produkowanego przez BBC - "Stayin' Alive" jest tam ulubioną piosenką Jima Moriarty'ego.
Tydzień disco potrwa chyba tylko do końca tego tygodnia. Tak, wiem że trochę oszukuję i idę na łatwiznę, ale bardzo chcę wytłumaczyć Wam dlaczego nie przepadam za Eminemem.Najprawdopodobniej zrobię to w poniedziałek.
A, co mi tam. Zaczynamy obiecany wczoraj tydzień muzyki disco. I zaczynamy od klasyki - piosenki która dotarła na pierwsze miejsce listy Billboard Hot 100. Tu proponuję zwrócić uwagę na bardzo charakterystyczne brzmienie gitary, uzyskane poprzez nagranie riffu gitarowego, dwukrotne go przyspieszenie i dołożenie do tego riffu w normalnym tempie. Przyjemna, energiczna piosenka. Enjoy.
Przenieśmy się do roku 1996... Tego samego, w którym Radiohead zaczęło nagrywać "OK Computer", bodaj najlepszą płytę lat 90., którą zresztą inspirował się później - w 2002 roku - wówczas dwuosobowy, bo składający się wyłącznie z Tundego Adebimpe oraz Dave'a Sitka zespół TV On The Radio, nagrywając swój debiut - "OK Calculator" (niestety, płytę tę, choć doskonałą, bardzo ciężko jest teraz dostać. Jedyny chyba sposób to ściągnięcie z internetu). Otwieramy zatem singiel roku 1996 - "How Bizarre" grupy OMC. No i cóż... Piosenka ta nie dorasta naturalnie do pięt "Paranoid Android" czy też innym utworom z "OK Computer", ale daje sporo radości. Rzadko słucham takiej muzyki, ale ostatnio jakoś mam na nią ochotę. Zastanawiam się nawet nad rozpoczęciem na blogu tygodnia disco. Kto wie, może zacznie się on już jutro od klasycznej piosenki KC & The Sunshine Band?
Mamy przed sobą "To France" Mike'a Oldfielda. Piosenka ta znalazła się na płycie "Discovery", która zawiera stosunkowo sporo piosenek pop-rockowych (takich jak "To France" właśnie), co jest skutkiem namów wytwórni Virgin Records po wielkim popowym sukcesie piosenki "Moonlight Shadow" (która z pewnością prędzej czy później również się tu pojawi). Na uwagę zasługuje tu wokalistka - pochodząca ze Szkocji Maggie Reilly, która nagrała z Oldfieldem niejedną piosenkę, lecz w tej (i może jeszcze w "Five Miles Out") wokalnie pokazuje chyba najwięcej. Szczerze powiedziawszy nie interesowałem się nigdy jej solowymi dokonaniami, ale można spokojnie przypuszczać, że praca z Mikiem to jej największe osiągnięcie. Aha, jeszcze jedno: tagi pozostaną niezmienione (tzn. nadal będą zapisywane po angielsku). Wynika to po prostu z tego, że nie chce mi się ich wszystkich zmieniać. Wiem, leniwy jestem.
Przekwalifikowuję się. Na prośby znajomych. Prosicie o więcej tekstu, do tego po polsku - ok, trzeba dostosowywać się do potrzeb rynku.
Dziś zaczynam więc zapisywanie nowej karty na tym blogu. I zaczynam od węgierskiej piosenki. Nie, nie jest to wałkowana na okrągło (acz zdecydowanie wspaniała) "Dziewczyna o perłowych włosach". Jest to odkrycie dokonane przeze mnie podczas wyjazdu na Węgry (nietrudno się chyba było domyślić dokąd). Oto pop-rockowa piosenka wokalisty występującego pod pseudonimem Ákos (za granicą Akosh), lidera jednej ze sławniejszych współczesnych węgierskich grup rockowych - Bonanza Banzai. Utwór ze sporą dozą nieszczególnie poskładanej elektroniki, całkiem ciekawym (choć niezbyt zjawiskowym) wokalem oraz dużą ilością hałasu. A jednak mi się podoba. I to bardzo.
This is the full version of The Horrors' new album - 'Luminous'. To listen to 'First Day Of Spring' You just have to press the Next button once (or You can just listen to the whole album). Enjoy.