wtorek, 4 listopada 2014

Tom Waits - Sins Of My Father


Tom Waits po raz kolejny. Tym razem w utworze wyjątkowo długim, bo aż dziesięciominutowym. Jak zwykle - jest jazzrockowo, momentami ostrawo, drapieżnie. Czasem brzmi to jak pierwowzór utworu "Paper Trails" duetu Darkside. Podobnie wysoka muzyczna półka, podobna rytmika, podobne brzmienie gitary. Plagiat to na pewno nie jest, może nawet nie inspiracja, ale jednak poniekąd obie piosenki nieco się ze sobą pokrywają.

Ocena: 9/10

Już jutro: Sufjan Stevens

poniedziałek, 3 listopada 2014

Sia - Chandelier


Na początku bieżącego roku australijska wokalistka Sia wydała singiel "Chandelier". Z miejsca stał się on stałym bywalcem gros popowych stacji radiowych. Mało kto wie jednak, że nie jest to pierwsze dokonane przez Australijkę podejście do muzyki. Album, z którego pochodzi "Chandelier" jest już szóstym w dorobku artystki. Nagrywać zaczęła jeszcze w poprzednim wieku. I jak "Chandelier" jest standardową dość piosenką popową, tak poprzednie płyty zawierają muzykę całkiem porządną, miejscami dość nieszablonową. Jest ona na pewno bardzo emocjonalna - to widać choćby po piosence "Breathe" z 2004 roku. Po jej nagraniu Sia przeszła załamanie nerwowe oraz kurację w szpitalu psychiatrycznym.
Ale podniosła się i wróciła w niezłej formie. Bo takie "Chandelier" złe nie jest. Nieszczególnie wyjątkowe, ale skonstruowane dość zmyślnie. No i świetny jest ten teledysk - wszystko co do joty zgrane z piosenką - i rytmicznie, i interpretacyjnie. Brawo, wyszedł doskonały mainstreamowy pop.
Na deser ciekawostka: chodzą plotki (przez nikogo oficjalnie niepotwierdzone), że to właśnie Sia wcieliła się głosowo w rolę innej popularnej ostatnio piosenkarki - Lorde - w ostatnich odcinkach serialu "South Park". Brzmi to dość prawdopodobnie, ale osądźcie sami (piosenka dostępna jest na portalu YouTube).

Ocena: 6/10

Już jutro: Tom Waits

niedziela, 2 listopada 2014

Pablopavo i Ludziki - Mikołaj


Niedawno było tu już coś na temat polskiego hip hopu, rozwińmy więc temat. Ale dziś wyłącznie muzycznie - poprzez wysłuchanie najbardziej hiphopowej piosenki Pablopavo z ostatniej płyty. Jest to opowieść o mocno umiarkowanie świętym Mikołaju. Bardzo smutna - jak większość opowieści artysty - "Warszawa Wschodnia", "CSI Stegny" i tak dalej.
Choć właściwie Pablopavo nie tylko opowieści pisze smutne. Nawet niektóre bardziej "typowe" piosenki, jak na przykład "Do stu", choć na pozór wesołe, w rzeczywistości potrafią wzruszyć do głębi.

Ocena: 9/10

Już jutro: Sia

sobota, 1 listopada 2014

Tom Waits - Frank's Wild Years


Szkoda, że ten utwór jest taki krótki. Chciałoby się wiedzieć więcej o tymże Franku przeżywającym swoje "dzikie lata" w rytm muzyki Toma Waitsa. Można by właściwie nakręcić o tym film - byłoby z pewnością ciekawie. Ale z drugiej strony - długość tej piosenki ma swój urok. Gdyby miał to być pięciominutowy recytatyw, pewnie puścilibyśmy ją mimo uszu, a przynajmniej nie spodobałaby nam się tak bardzo. Wszystko ma dobre i złe strony.

Ocena: 9/10

Już jutro: Pablopavo i Ludziki

piątek, 31 października 2014

Scars On Broadway - Funny


Najmniej metalowa piosenka w historii zespołu Scars On Broadway. Na szczęście, bo do metalu mam jednak spory dystans. Tekst jest ciekawy, lekko surrealistyczny. Jeden z lepszych na płycie. Nieźle wyważone są też proporcje elektroniki i gitar. Jest nieźle, więc polecam - i tę piosenkę, i całą płytę.

Ocena: 7/10

Już jutro: Tom Waits

czwartek, 30 października 2014

O.S.T.R. feat. Cadillac Dale & DJ Haem - Rise Of The Sun


Przyznam szczerze, nie przepadam za polskim hip hopem. Po prostu zazwyczaj jest to muzyka słaba i niegodna zainteresowania. Nadzieję na poprawę sytuacji i zastąpienie panów Pei, Grubsona i innych, którzy nigdy na scenie muzycznej nie powinni się pokazywać, dał niedawno młody raper Zeus, ale i on niestety po pewnym czasie pięknie wpisał się w obraz polskiej muzyki ulicy. Z kolei Kaliber 44 i Paktofonika (do których, nawiasem mówiąc, mimo nieocenionych zasług dla krajowego hip hopu, nadal nie mogę się przekonać) to już melodia przeszłości. Zdarzają się oczywiście chlubne wyjątki: Fisz - choć jego hip hop należy określić mianem alternatywnego (a na dodatek odchodzi on ostatnio w stronę rocka i elektroniki), Pablopavo - z nim sytuacja jest podobna (z tym że on odchodzi w stronę poezji śpiewanej), L.U.C. (ze świetną płytą pt. "Kosmostumostów"). Jak widać, cały czas obracamy się jednak w kręgu hip hopu raczej alternatywnego, a przynajmniej niezbyt zbliżonego do swych afroamerykańskich korzeni.
I tu do gry wkracza O.S.T.R. Słyszę go po raz chyba pierwszy - to znaczy po raz pierwszy go słucham, bo świadom jego istnienia byłem (pewnie znam nawet jakieś jego utwory, tylko nie zdaję sobie z tego sprawy). I cóż zastaję? Niebanalny tekst (odwołania do Komedy i filozofii!), świetny beat, doskonały występ gościnny Cadillaca Dale'a - aż jestem ciekaw czy cała twórczość łodzianina brzmi podobnie. Jeśli tak - to świetnie, nie wiedziałem, że Polsce istnieje porządny "klasyczny" (w miarę) hip hop. Jeśli nie - miejmy nadzieję, że artysta dalej pójdzie w tę stronę i wykształci na polskim rynku muzycznym nową jakość. Wszyscy będziemy mu za to niezmiernie wdzięczni.

Ocena: 8/10

Już jutro: Scars On Broadway

środa, 29 października 2014

Erlend Øye - Bad Guy Now


Kolejny dowód na to, że świat muzyczny jest bardzo mały. Kilka lat temu, zupełnie przez przypadek, poznałem norweski zespół o nietuzinkowej nazwie Kakkmaddafakka. Nadal słucham ich od czasu do czasu - głównie świetnej płyty zatytułowanej "Hest". Z kolei około dwóch miesięcy temu w Programie Trzecim Polskiego Radia po raz pierwszy usłyszałem muzykę Erlenda Øye - pana o wyjątkowo przyjemnym głosie tudzież łagodnym usposobieniu muzycznym. Słuchaczom muzyki indie może być on znany z dosyć popularnej grupy Kings Of Convenience.  I cóż się okazuje? Że ten Norweg doskonale zna się z Norwegami z Kakk. Ba, był nawet producentem ich dwóch ostatnich płyt. Teoretycznie żaden to fenomen, bowiem norweska muzyka altrockowa nie jest jakoś szczególnie bardzo rozwinięta, więc dziwić nie powinno spotkanie wykonawców o podobnym profilu. A jednak "małością świata" lekko zaskoczony byłem.
Co do Erlenda: wydał on ostatnio drugi solowy album w swym dorobku - "Legao". Po 11 latach od wydania pierwszego. Single brzmią nieźle, wypadałoby więc chyba posłuchać całości, jeśli nadarzy się okazja.

Ocena: 7/10

Już jutro: O.S.T.R.

wtorek, 28 października 2014

Voo Voo - Po godzinach


Jakoś się tak złożyło, że wszyscy Wagle wydają płyty w tym samym mniej więcej momencie. Wojciech w ramach Voo Voo, zaś Bartosz i Piotr jako Fisz Emade Tworzywo. O "Mamucie" tych ostatnich już wspominałem - pozostało więc "Dobry wieczór" autorstwa Voo Voo. "Po godzinach" - pierwszy singiel - brzmi całkiem nieźle, należy posłuchać całości. Czyżby delikatne wpływy Toma Waitsa? Rzecz do sprawdzenia.

Ocena: 8/10

Już jutro: Erlend Øye

poniedziałek, 27 października 2014

Recenzja (2): Gnarls Barkley - St. Elsewhere


Dziś obiecywany kilka dni temu kolejna recenzja - tym razem przeczytacie o debiutanckim albumie duetu Gnarls Barkley. "St. Elsewhere" (bo tak się to wydawnictwo nazywa) ukazało się w roku 2006. Produkcja jest dziełem połówki duetu, Danger Mouse'a. Album wykorzystuje sporą ilość sampli - czerpie garściami z muzyki włoskiej, ale można też na nim znaleźć bardzo charakterystyczny motyw z "Mono Ski" Keitha Mansfielda. Zaczynamy jednak nie od niego, a od...
  1. "Go-Go Gadget Gospel" - ...najbardziej energicznego utworu na płycie. Należy on też chyba do najlepszych - razem z "Crazy", "Just A Thought" oraz "The Last Time". Ale nie uprzedzajmy faktów. Cóż można zapamiętać z "GGGG"? Na pewno mocną perkusję, takież chórki i ciekawą melodyjkę w tle (określenie mało profesjonalne, ale nijak nie mogę rozwikłać zagadki cóż to za instrument).
  2. "Crazy" - najbardziej znany utwór autorstwa GB. Niejednokrotnie można go było usłyszeć w różnorakich stacjach radiowych, zebrał też sporo nominacji do różnych nagród muzycznych. Tu z kolei popalić daje CeeLo Green, który wokalnie czyni cuda. A przynajmniej tak to brzmi, bo piosenka w gruncie rzeczy do szczególnie trudnych nie należy.
  3. "St. Elsewhere" - piosenka tytułowa, dość dla albumu charakterystyczna. Jako że należy ona do tych lepszych, rozwodzić można by się nad nią długo. W skrócie: interesujący eklektyzm stylistyczny, po raz kolejny świetny wokal (ale do tego musimy się przyzwyczaić, ponieważ nie jest to rzecz dla CeeLo niezwykła) i ciekawe instrumentacje.
  4. "Gone Daddy Gone" - kolejny znany utwór. Cover piosenki zespołu Violent Femmes (ktoś ich jeszcze pamięta? To był naprawdę fajny zespół). Nic szczególnego, ale tylko w kontekście naprawdę fantastycznej płyty.
  5. "Smiley Faces" - jedna z moich ulubionych piosenek z tego albumu - chyba za sprawą tych chórków i sekcji rytmicznej, która spisuje się tu naprawdę wyjątkowo dobrze. Jest nastrojowo.
  6. "The Boogie Monster" - to jest, przyznam, raczej zaskakujące. Stylistyka zmienia się dość gwałtownie - wydawało się, że pozostaniemy przy soulu z naleciałościami alternatywnymi, a tu naraz przechodzimy w alternatywę z naleciałościami soulowymi. Zmiana ta chyba utworowi nie służy - niby jest niezły, lecz na tle innych piosenek wypada bladawo.
  7. "Feng Shui" - po raz wtóry zmiana stylistyki. Tym razem na coś na kształt hip hopu. Może ten gatunek leży GB bardziej niż alternatywa, może zaletą utworu jest jego długość (czyli mizerne półtorej minuty) - w każdym razie ten eksperyment udaje się znacznie lepiej niż "The Boogie Monster".
  8. "Just A Thought" - znów przeskakujemy w inne rejony muzyczne. Skok ten wychodzi panom z GB jeszcze lepiej niż poprzedni - trafiają na obrzeża popu, alternatywy i soulu. Mamy tu więc chwilę gatunkowego wyciszenia - ale jest to jedynie cisza przed burzą, bo zaraz nadejdzie...
  9. "Transformer" - ...utwór przede wszystkim dziwny. Instrumentalnie niczego nadzwyczajnego sobą nie prezentuje (acz elektronika złożona tu została całkiem solidnie), za to ciekawostką są wokale. Im też proponuję się przysłuchać.
  10. "Who Cares?" - trochę jak "The Boogie Monster", ale bardziej popowo. Piosenka ładna, tyle że niestety nic poza tym. No i mamy tu wspomniany na początku sampel z Keitha Mansfielda.
  11. "Online" - olejcie wszystko, słuchajcie wspaniale brzmiącego głosu CeeLo Greena. Mógłby właściwie nagrać całą płytę złożoną wyłącznie z tych niskich śpiewanych tonów oraz gwizdków słyszalnych w tle tego utworu i założę się, że słuchałbym tego na okrągło.
  12. "Necromancer" - po raz kolejny zwrot w stronę hip hopu i alternatywy. Drugi (po "Who Cares?") i ostatni utwór, którego na płycie mogłoby ewentualnie nie być.
  13. "Storm Coming" - gitara w tle, niezwykła energia bijąca z odmienianego dziś już przez wszystkie przypadki wokalu CeeLo Greena i bujna perkusja - to wszystko składa się na utwór naprawdę godny zapamiętania. No i ta spowolniona jakby część, po której następuje względne uspokojenie - palce lizać. Fajnie by to brzmiało jako czołówka do filmu o przygodach Jamesa Bonda.
  14. "The Last Time" - utwór najbardziej poprockowy, z czego poniekąd wynika jego główna zaleta, czyli przystępność. Rzecz naprawdę udana. Ładny sposób na zamknięcie doskonałej płyty.

Ocena: 8/10

Już jutro: Voo Voo

niedziela, 26 października 2014

Yasmine Hamdan - Nediya


Czy to w ramach Y.A.S, Soap Kills, czy też twórczości solowej, Yasmine Hamdan nie popełniła jeszcze chyba żadnej słabej piosenki. Sukces spory, ponieważ muzyka, za którą się wzięła, należy raczej do niewdzięcznych. Elektronika z motywami folkloru często może wpadać w kicz (mimo, że u niektórych - np. u M.I.A - jest to proces kontrolowany). Może też być bardzo nieprzystępna dla zwykłego słuchacza. Z muzyką Yasmine tak nie jest - choć momentami słuchacz przeciętny może się tymi arabskimi zaciągami zmęczyć. Niemniej jednak polecam z całego serca, bowiem jest to fantastyczna okazja, by poznać rytmy nowe, do tej pory nieznane, opatrzone pięknym wokalem i świetną warstwą rytmiczną.
Początkującym radziłbym zacząć od "Arabology". O tej płycie już pisałem, ale przypomnę - jest to jedyny album duetu Y.A.S, składającego się ze wspomnianej Yasmine oraz artysty znanego jako Mirwais. Dalej można iść w różne strony - jeśli pragnie się czegoś spokojniejszego, triphopowego, polecałbym raczej muzykę kultowego w Libanie zespołu Soap Kills (przy czym radziłbym zacząć od początku dyskografii - im wcześniejsza płyta, tym lepsza). Jeśli zaś woli się coś bardziej elektronicznego, można od razu przejść do solowej płyty goszczącej tu dziś artystki - "Ya Nass". Tytuł ten towarzyszy tylko nowszej, przeredagowanej wersji albumu. Starsza nosi po prostu tytuł "Yasmine Hamdan" i, z przykrością oznajmiam, jest nie do dostania. Gdyby jednak ktoś jakimś cudem wszedł w jej posiadanie, proszę dać znać, chętnie się poczęstuję.

Ocena: 9/10

Już jutro: Gnarls Barkley

sobota, 25 października 2014

Toro Y Moi - Thanks Vision


Poznawanie nowej, ciekawej muzyki należy bez wątpienia do zajęć wyjątkowo przyjemnych. Proces ten dodatkowo umilają takie drobnostki, jak rozpoznanie w odsłuchanej właśnie po raz pierwszy piosence twórcy do tej pory nieznanego (bądź znanego ledwie z nazwiska) sygnału jakiejś audycji radiowej. Tak było u mnie z Toro Y Moi (gość dzisiejszy - "Thanks Vision" - służy przecież jako sygnał audycji "Cybertrójka" w - jak łatwo można się domyślić - radiowej Trójce), tak było z Franzem Ferdinandem (piosenka FF "I'm Your Villain" do niedawna używana była w czołówce trójkowego "Raportu o stanie świata"). Ważny jest też jednak sam aspekt muzyczny. Bez zainteresowania twórczością danego zespołu lub artysty nie dobrniemy do tych najpiękniejszych oraz najciekawszych nagrań. Tu podać należy kolejny przykład - TV On The Radio. Przecież utwory z EPek "Young Liars" lub "New Health Rock" nigdy nie trafią do laika. Czymś takim może zainteresować się jedynie prawdziwy fan (żeby nie powiedzieć: fanatyk) danego zespołu.
Akurat muzyka Toro Y Moi - mimo kilkukrotnego przesłuchania wszystkich trzech płyt - niespecjalnie do mnie przemawia. Chaz ma oczywiście momenty fantastyczne (szczególnie na pierwszej płycie, choć i później trafiają się perełki - "Divina" na ten przykład), ale jednak nie zaliczyłbym tego do prywatnych odkryć roku. A spodziewałem się znacznie więcej - choćby ze względu na fakt, że Toro Y Moi współpracuje z Caribou (m.in. miksując jego koncerty). Moim osobistym odkryciem jest za to artystka, którą ugościmy tu jutro - Yasmine Hamdan. I to odkryciem nie byle jakim - jednym z ciekawszych dokonanych przeze mnie od czasu poznania muzyki wspomnianego wyżej Caribou.

Ocena: 7/10

Już jutro: Yasmine Hamdan

piątek, 24 października 2014

TV On The Radio - Second Song


Kolejny przykład na to, że do poszczególnych piosenek TVOTR należy dojrzeć. Ta zasada tyczy się właściwie nawet całej ostatniej płyty nowojorczyków - "Nine Types Of Light". I - co najlepsze - naprawdę nie mam pojęcia z czego może to wynikać. Nie jest to bowiem muzyka wyjątkowo trudna. Do najłatwiejszych nie należy, ale - nie oszukujmy się - nie jest to poziom "Music For Pieces Of Wood" Steve'a Reicha. Odpowiedzi na dylemat może nam jednak udzielić wychodząca już za kilkanaście dni najnowsza płyta TV On The Radio - "Seeds". Czekamy z niecierpliwością.

A w międzyczasie, z okazji organizowanych akurat w Krakowie Międzynarodowych Targów Książki, chciałem wytknąć, iż jedyne polskie targi muzyczne organizowane są w Poznaniu i opierają się głównie na sprzęcie muzycznym. Brak imprezy promującej muzykę samą w sobie w naszym kochanym Krakowie jest doprawdy godzien utyskiwania.

Ocena: 8/10

Już jutro: Toro Y Moi

czwartek, 23 października 2014

Al Stewart - Almost Lucy


Tę piosenkę gościmy tu już drugi raz. Nic dziwnego, skoro to chyba jeden z najlepszych utworów Ala Stewarta. Najlepszych i najsmutniejszych. Bo one zazwyczaj są najciekawsze.

Ale to tylko takie połamane dywagacje, przede wszystkim chciałem zapowiedzieć następną recenzję. Ukaże się ona najpewniej w poniedziałek. A w międzyczasie powrócą do nas TVOTR oraz Yasmine Hamdan. Będzie także o przyjemnościach, które czerpać można z poznawania nowej muzyki. Stay tuned!

Ocena: 9/10

Już jutro: TV On The Radio

środa, 22 października 2014

Manu Chao - Denia


Manu Chao to jeden z najbardziej znanych przedstawicieli gatunku zwanego muzyką świata (world music). Śpiewa on głównie po angielsku, francusku i hiszpańsku (często tworzy zresztą własne mieszanki tych języków), ale zdarza mu się też wykonać utwór w języku innym. W tym wypadku jest to arabski. Jest tak dlatego, że pieśń ta napisana została przez muzyka algierskiego - Idira. Manu Chao tylko stworzył i wykonał własną wersję piosenki. Oprócz kompozycji zmianie uległ też tytuł - z "A Tulawan" na "Denia" (jeden z tytułów znaczy ponoć "Biedna Algieria" - nie mam pojęcia który).
I naturalnie słychać tu motywy przewijające się przez całą twórczość Francuza (z urodzenia)/Hiszpana (z pochodzenia) - te gwizdki w tle, charakterystyczne sample (w tym "Próxima estación: Esperanza" - "Następna stacja: Nadzieja" - stąd tytuł płyty zawierającej "Denię") - ale czuć tu jednak trochę inny rys. To nie jest utwór w stylu mojego ulubionego "Nieskończonego smutku" ("Infinita Tristeza") ani w całej swej prostocie genialnego "Me gustas tu". Wybija się to na płycie. Może nawet nie jakościowo (bo poziom całego albumu jest w miarę równy), ale słychać znaczne różnice w brzmieniu.
A jednak nastrój pozostaje ten sam - nieskończony smutek z nadzieją na nadzieję.

Ocena: 8/10

Już jutro: Al Stewart

wtorek, 21 października 2014

Rhye - Open (SOHN remix)


Muzyka duetu Rhye pojawiała się tu już niejednokrotnie, ale było to za "niepiśmiennych" czasów bloga. Przypomnijmy sobie zatem o co tu w ogóle chodzi.
Rhye to duet soulpopowy składający się z Duńczyka Robina Hannibala oraz Kanadyjczyka Mike'a Milosha (który sam w sobie jest postacią arcyciekawą i którego solowym dokonaniom kiedyś może również się przyjrzymy). Jego najbardziej charakterystyczne cechy to delikatny, prawie kobiecy głos Milosha, subtelne instrumentacje, a także romantyczny, marzycielski nastrój. Jest to więc muzyka baaardzo przyjemna. Do kategorii "wybitna" jednak trochę jej brakuje, aczkolwiek nic właściwie zarzucić jej nie można. No, może poza pojawiającą się od czasu do czasu lekką szablonowością (dotyczącą w szczególności tekstów).
Panowie z Rhye wydali niestety tylko jedną płytę. Nosi ona tytuł "Woman" i cieszy nasze uszy od roku 2013. "Open" jest utworem (nomen omen) ją otwierającym. I za ten właśnie utwór zabrał się specjalista od elektroniki (łagodnej i nie tylko) - SOHN. Pan SOHN też wydał do tej pory jeden tylko album - "Tremors", z tym że nastąpiło to rok po wydaniu "Woman". Oprócz tego sporadycznie zajmuje się też remiksami. Oprócz Rhye zaszczytu bycia zremiksowanym przez SOHNA dostąpiła także m.in. Lana Del Rey.
A teraz skończcie czytać niepotrzebne wprowadzenie i zabierzcie się do słuchania muzyki.

Ocena: 7/10

Już jutro: Manu Chao

poniedziałek, 20 października 2014

James Blake - Building It Still


A niech to, zawiedziony jestem. W internecie pojawiła się niepublikowana do tej pory piosenka Jamesa Blake'a. I co? I powinna być fantastyczna. I nawet jest. Ale to jakby nie ten sam Blake. Chyba starał się wrócić do swojej pierwszej płyty, ale wyszło to trochę tak, jakby chciał przypominać Nicolasa Jaara. Normalnie podobieństwo do Austriaka byłoby olbrzymim komplementem, ale ktoś taki jak James, który już wyrobił sobie własną, świetnie rozpoznawalną markę, NAPRAWDĘ nie musi brzmieć jak ktoś inny. Choćby był to nawet Jaar.
Ale dobra, postarajmy się zachować przynajmniej odrobinę obiektywizmu i nie oddać się do końca rozczarowaniu. Beat jest świetny - bardzo delikatny, wspomagany subtelnymi dźwiękami fortepianu. Poza tym mamy tu całkiem ciekawe sample (szczególnie te pojawiające się w trzeciej minucie) i jak zwykle doskonale wymierzony wokal Jamesa. Dzieje się tu sporo, wszystko jest świetnie zmiksowane. Piosenka zasługuje więc przynajmniej na notę 8/10. Nie wiem jednak, czy Blake planuje coś z tak dobrym kawałkiem zrobić. Nie wiem nawet czy jest to utwór nowy - jedyne, co o nim wiadomo to fakt, że 16 października ukazał się on w prowadzonej przez artystę audycji BBC Radio One's Residency (cała audycja jest do odsłuchania tutaj - gorąco polecam). Pitchfork niestety również nie rozjaśnia całej sytuacji. Obawiam się jednak, że nie należy się spodziewać wydania "Building It Still" na następnej płycie Blake'a - choć na szczęście nic nie jest całkiem pewne.
I szkoda tylko, że stylistyka jest jaka jest, a nie ma tu już tego, co było na cudownym albumie "Overgrown". Pewnie można mi zarzucić, że przesadzam. Cóż, zarzuty te będą całkowicie uzasadnione. Więc zostawmy narzekanie i słuchajmy porządnej muzyki. Nawet jeśli nie brzmi jak ostatnia płyta Jamesa Blake'a.

Ocena: 8/10

Już jutro: Rhye

niedziela, 19 października 2014

Underøath - A Boy Brushed Red... Living In Black And White


W komentarzu do jednego z ostatnich postów zostałem poproszony o zrecenzowanie piosenki dzisiejszej (i w ogóle twórczości zespołu Underøath). Nie będę ukrywał, że zupełnie nie jest to moja bajka. Chrześcijański metalcore? Nie, dzięki. Może więc moja opinia jest trochę wypaczona przez fakt, że odrobinę się do tej muzyki uprzedziłem, za co z góry przepraszam.
Przejdźmy jednak do rzeczy. Pierwsze wrażenia do najlepszych nie należały. Zacząłem bowiem właśnie od "A Boy Brushed Red... Living In Black And White". Jeśli brać pod uwagę ilość wyświetleń na portalu YouTube, jest to zdecydowanie najpopularniejszy utwór tej grupy. Do rzeczy ciekawych w tym kawałku należy zaliczyć tekst oraz interesujący podobno dialog screamu z wokalem czystym (to wiem akurat od znajomego metalowego eksperta, któremu dziękuję zresztą za krótki opis wprowadzający laika w temat). A sam czysty wokal... Cóż, do najoryginalniejszych nie należy (i idzie tu w ślady dzisiejszego utworu tytułowego). Oryginalnością tą (o którą, jak zaraz z pewnością dostrzeżecie, wszystko się tu rozbija) nie grzeszy nie tylko wśród utworów metalowych, ale i w całym muzycznym oceanie. Na pierwszy rzut oka brzmi to niczym lekko rozwodniony Linkin Park. Skojarzenia są więc nienajlepsze.
Piosenka ta nie zachwyciła mnie zatem. Ale co z resztą twórczości Underøath? Poszperałem nieco w otchłaniach YouTube'a i odkryłem kilka fajnych utworów. Do gustu przypadły mi trochę lżejsze "Too Bright To See, Too Loud To Hear", "Reinventing Your Exit", "Paper Lung" oraz "When The Sun Sleeps". Nie jest to raczej muzyka, do której planuję wracać, ale też nie przeszkadza mi ona. Abstrahując od osobistych sympatii napiszę, że głównym grzechem zespołu jest chyba przeciętność. Teksty momentami są całkiem niezłe, poszczególne elementy różnych utworów również, ale mimo że uważnie przesłuchałem na YT ponad dwadzieścia utworów, żaden poza wspomnianym już "Paper Lung" nie wyróżniał się szczególnie spośród innych. A dodać trzeba, że "Paper Lung" pochodzi z ich ostatniej płyty powstałej przed zakończeniem działalności. Została ona nagrana w zmienionym składzie i ponoć oznaczała zmierzch grupy, więc nie może być chyba szczególnie reprezentatywna dla całej twórczości.
Po raz kolejny odwołam się do opinii eksperta: "ogólnie jest to niezły metalcore, lecz w tym gatunku niezwykle trudno być oryginalnym". A panowie z Underøath niestety oryginalni nie są.

Osobę utwór podsuwającą przepraszam więc za opinię nieszczególnie pozytywną. Niestety mogę jedynie obiecać próbę poprawy.
(Przy okazji: recenzja ta zainspirowała mnie do wprowadzenia systemu oceniania punktowego.)

Ocena: 5/10

Już jutro: James Blake

sobota, 18 października 2014

Garść statystyk z okazji 10000 wyświetleń


Powracamy do utworu, który ukazał się tu w poście pierwszym. Było to 555 postów i ponad 10000 wyświetleń temu. Słuchajcie więc "Sing" zespołu Blur i, jeśli chcecie, przeczytajcie coś o sobie. To "coś" to statystyki dotyczące czytelników bloga. Nudy, ale nie mam pomysłu na żaden specjalny post.
45% wejść na bloga to wejścia z Polski. W sumie nie dziwota, skoro przez ostatnie kilka miesięcy piszę wyłącznie po polsku. Wcześniej pisałem niby po angielsku, ale wtedy z kolei pisałem bardzo mało. Kolejne 20% to Amerykanie. Dalej mamy jeszcze Niemcy, Rosję, Francję, Ukrainę i Malezję z powalającym 1% wejść.
W sumie 3/4 z Was korzysta z Firefoxa lub Chrome'a. Explorer, Opera i Safari są daleko w tyle. Ponad 80% to użytkownicy Windowsa. Dalej mamy Linuxa (7%) i Macintosha (6%) - reszta nie osiąga nawet 1%.
Pomijając skokowe osiągnięcia z grudnia 2013 (753 wyświetlenia) i stycznia 2014 (874 wyświetlenia), popularność zaczęła nieustannie rosnąć dopiero w maju tego roku. Od tego czasu średnia ilość miesięcznych wyświetleń to około 700. Wcześniej było to 400. Mniej-więcej.
Najpopularniejsze posty są wymienione w ramce na pasku po prawej stronie bloga. Są to:
Polecam się na przyszłość i obiecuję, że do czasu 100000 wyświetleń nie będę już zanudzał Was draństwem jakim są statystyki.

Już jutro: Underøath

piątek, 17 października 2014

Neneh Cherry - Dossier


Im dłużej słucham nowej płyty Neneh Cherry, tym mniej chce mi się wracać do jej poprzednich albumów. Czemuż bowiem miałbym do nich wracać, skoro "Blank Project" jest słuchalne perfekcyjnie? Przy każdym prawie utworze palce same, jak magią tknięte, chcą wystukiwać rytm. Każdy szybszy kawałek słuchany podczas marszu automatycznie powoduje nagłe przyspieszenie kroku. Co bardziej rytmiczne piosenki (takie jak np. "Dossier" właśnie) zostają w głowie na długie tygodnie, męcząc wciąż tym samym beatem.
A najlepsze jest to, że "Blank Project" nie jest bynajmniej płytą wybitną. Jest to na pewno rzecz nader chwytliwa, ale nie należąca raczej do rodziny wiekopomnych. Nie odtworzymy takiego "Dossier" właśnie za lat dwadzieścia myśląc, że piosenka ta zmieniła bieg historii muzyki. Z pewnością jednak piosenki Neneh znów oczarują nas tą rzadko spotykaną energią i nie opuszczą naszych myśli przez następnych kilka dni. Nawet za dwadzieścia lat.

Już jutro: STATISTICS

czwartek, 16 października 2014

Fisz Emade Tworzywo feat. Justyna Święs - Pył



To jest porządny polski hip hop. Alternatywny, żeby nie było. Choć w sumie nie wiadomo czy po nadchodzącej płycie Fisza (noszącej tytuł "Mamut") można spodziewać się sporej dozy hip hopu. Ta piosenka wskazuje raczej na pójście w odmienną stronę - mianowicie w stronę muzyki elektronicznej oraz dance'u. Ma to również sens w kontekście kilku ostatnich wydań "Magla Wagli" w radiowej Trójce, gdzie Fisz od jakiegoś czasu prezentuje mniej niż dotychczas gitarowej zazwyczaj muzyki alternatywnej - nacisk przeniósł bowiem na elektronikę, disco lat 80., a nawet soul. Przypomnijmy - "Magiel Wagli" to audycja współprowadzona przez Wojciecha Waglewskiego i jego syna Bartosza - czyli Fisza właśnie.
Nie wiadomo zatem zupełnie czego oczekiwać. Jedno jest jednak prawie pewne - nie zostaniemy zawiedzeni. Wypada więc czekać do 5.11 roku bieżącego - wtedy ukaże się "Mamut". A na razie zostawiam Was ze świetnym "Pyłem" z gościnnym udziałem wokalistki The Dumplings - Justyny Święs.

Już jutro: Neneh Cherry

środa, 15 października 2014

Radiohead - Fitter Happier


Dziś dość depresyjnie. Bo nie może być inaczej, gdy mamy do czynienia z "Fitter Happier" i w ogóle muzyką Radiohead. Ten konkretny utwór jest z pewnością nietuzinkowy, może nawet nieco szokujący - szczególnie zapewne w 1997 roku, gdy wydana została płyta na której się znalazł - "OK Computer". Tekst jest bardzo mocny, a wrażenie potęguje chyba fakt odczłowieczenia podmiotu lirycznego, włożenia takich słów w usta maszyny. Że jest to maszyna, można wnioskować z poprzednich utworów, np. "Paranoid Android", oraz ogólnego wydźwięku całego albumu. A jest to krytyka kierunku, w jakim zmierza świat współczesny, krytyka tej stopniowej dehumanizacji właśnie. Utwór ten całkiem nieźle podsumowuje więc całość i bardzo mocno przemawia do słuchacza.
Jeśli ktoś pragnie przeczytać jakąś bardziej szczegółową analizę "Fitter Happier" oraz "OK Computer", polecam świetny artykuł w angielskiej wersji Wikipedii. Bo cóż mogę jeszcze napisać? Że nie sposób nie przejąć się losem podmiotu lirycznego? Że tekst zawarty w nawiasach wydaje się okrutnie przerażający? Że jest to utwór drążący psychikę i wlewający w nią niepokój (choć chciałoby się wierzyć, że wszystko będzie dobrze)? Nie. Lepiej oddać głos muzyce. I zmechanizowanej rozpaczy odczłowieczonego człowieka w trybikach wielkiej machiny współczesnego świata.

Już jutro: Fisz Emade Tworzywo

wtorek, 14 października 2014

Alt-J - Hunger Of The Pine


Jakiś czas temu muzyka zespołu Alt-J została mi polecona przez znajomego. Przyznam jednak szczerze, że za radą nie poszedłem i rekomendowaną grupą się nie zainteresowałem. Okazja, by zapoznać się z Alt-J nadarzyła się więc dopiero niedawno - mianowicie gdy zobaczyłem omawianą tu wczoraj pokrótce listę nominacji do UK Music Video Awards. Znalazł się tam teledysk do tej piosenki właśnie. Wrażenia na razie pozytywne, acz jestem ledwo na etapie odkrywania dalszych warstw twórczości brytyjskiego zespołu. Jeśli odkryję coś ciekawego - dam znać. A na razie słuchajcie "Hunger Of The Pine", bo to naprawdę przyjemny utwór.

Ach, byłbym zapomniał: we wczorajszym poście popełniłem karygodną gafę. Pominąłem bowiem również nominowany do wspomnianej nagrody, znakomity (mimo swej wyjątkowej, wydawałoby się, prostoty) teledysk do "Mess On A Mission" zespołu Liars. Polecam obejrzeć - i usłyszeć - koniecznie.

Już jutro: Radiohead


poniedziałek, 13 października 2014

Arcade Fire - Afterlife


Na facebookowej stronie bloga podrzucałem link z tegorocznymi nominacjami do nagrody UK Music Video Awards. Kategorii jest mnóstwo, więc polecę Wam jedynie kilka wideoklipów. Najsampierw wspomnieć należy o nominacji dla projektu polskiego - Mister D. - za fantastyczny teledysk do utworu "Chleb" (który już się zresztą na blogu pojawił). Dalej mamy klip do piosenki z ostatniej płyty M.I.A - "Double Bubble Trouble". Sam utwór niczym nadzwyczajnym się nie wyróżnia, ale już teledysk jest naprawdę interesujący. Trzeci z polecanych przeze mnie teledysków to klip do "Hunger Of The Pine" zespołu Alt-J - ale o tym jutro. Może. Wreszcie dochodzimy do Arcade Fire - "Afterlife". No i tu bez muzycznych zaskoczeń - utwór dla AF typowy. Całkiem przyjemny, ale bez szczególnych fajerwerków. Teledysk jest zaś fantastyczny - został "ulepiony" z fragmentów brazylijskiego filmu na motywach mitu o Orfeuszu i Eurydyce. Komponuje się to z muzyką i tekstem doskonale. Udzielam więc pozwolenia na wzruszenie się.

Już jutro: Alt-J

niedziela, 12 października 2014

TV On The Radio - Careful You


 Jakoś tak dziwnie się dzieje, że do piosenek TV On The Radio trzeba dojrzewać. Nie chodzi nawet o ogólną dojrzałość muzyczną, tylko o zwykłe osłuchanie z nimi. Pisałem o tym już przy okazji "Happy Idiot" - z początku można pomyśleć, że dany utwór nie należy do kategorii utworów szczególnie interesujących. Ale słucha się tego dalej - ot, tak. No i po którymś (w moim przypadku chyba około dwudziestym) przesłuchaniu zaczyna się to człowiekowi podobać. Tak więc proszę słuchać, dojrzewać i, w konsekwencji, zachwycać się.

Bo "Careful You" to naprawdę piękna pieśń.

Już jutro: Arcade Fire

sobota, 11 października 2014

The Beatles - Come Together


Spotkałem się ostatnio z opinią, że Beatlesi to właściwie nic nadzwyczajnego - ot, taki tam pop. No więc, choć żadnym beatlesowym fanatykiem nie jestem, zgodzić się z tym za żadne skarby nie mogę. Bo ich muzyka to po prostu nie tylko pop. Oczywiście, nagrywali oni również i jego, ale nie na tym kończy się twórczość Beatlesów. Prawdą jest, że dla historii muzyki masowej ich nagrania popowe miały chyba największe znaczenie - w końcu to oni położyli podwaliny pod ten pop we współczesnym rozumieniu. Ale zdecydowanie najlepsze utwory Beatlesów powstały w większości po roku 1965 - w drugiej (i zarazem ostatniej), rockowej fazie działalności grupy. I jak dla popu twórczość liverpoolczyków była kamieniem węgielnym, tak dla rocka był to kamień milowy. Na dodatek kamień z bardzo wyraźnym drogowskazem w stronę psychodelii - czegoś, co wcześniej w muzyce pojawiało się niezmiernie rzadko (o ile w ogóle). Jakość przyszłej muzyki "robiły" więc właśnie takie utwory jak "Come Together". Ale nie tylko, bo jest jeszcze "I'm Only Sleeping", "Michelle" (notabene utwór inspirowany gościem naszym przedwczorajszym - "I Put A Spell On You" Niny Simone), "Taxman", "Helter Skelter", "I Am The Walrus", "Lucy In The Sky With Diamonds", "Ob-La-Di, Ob-La-Da", "Tomorrow Never Knows" i wiele, wiele innych, bez których nie byłoby na pewno grup takich jak choćby Kasabian oraz Yeasayer, a także zapewne całej reszty współczesnej sceny rockowej, metalowej i alternatywnej.

Już jutro: TV On The Radio

piątek, 10 października 2014

Leonard Cohen - Almost Like The Blues


Nigdy szczególnym fanem Leonarda Cohena nie byłem. Oczywiście znałem i ceniłem jego dokonania muzyczne, ale to była jakby nie moja bajka. A jednak ta (nowa, dodajmy) piosenka jest naprawdę interesująca. Hmm, może muszę na nowo wyrobić sobie o Cohenie zdanie.

Już jutro: The Beatles

czwartek, 9 października 2014

Nina Simone - Take Care Of Business


"Take Care Of Business" to utwór zmarłej przed ponad jedenastoma laty piosenkarki jazzowej i soulowej - Niny Simone - pochodzący z jej klasycznego albumu "I Put A Spell On You". Utwór dwunasty - ostatni na płycie, przez co zapada w pamięć. Do tego stopnia, że chodzi on za mną od mniej więcej dwóch tygodni. Ale nie narzekam, lepsza Nina Simone niż czołówka do "Kaczych opowieści" (posłuchajcie - gwarantuję, że nie wyrzucicie tego z głowy przez najbliższych kilka lat).
Cała ta płyta właściwie zmieniła obraz muzyki popularnej. Nie była to oczywiście zmiana nagła, raczej stopniowa popularyzacja nieznanych dotąd przeciętnemu zachodniemu słuchaczowi motywów. Weźmy na przykład pieśń pod tytułem "Ne me quitte pas". Zachód poznał ją szerzej dzięki Ninie Simone właśnie - była ona jednym z pierwszych wykonawców tej piosenki w ogóle (po m.in. Marlenie Dietrich) i jednocześnie pierwszym wykonawcą amerykańskim - choć przecież utwór ten oryginalnie wykonywał (i napisał) belgijski bard Jacques Brel. To samo z piosenką tytułową - "I Put A Spell On You". Ona została z kolei powołana do życia za sprawą Screamin' Jaya Hawkinsa (którego muzykę również polecam). Później stała się na tyle słynna, że posłużyła nawet za tytuł autobiografii wokalistki. "Feeling Good" to z kolei broadwayowska piosenka, która za sprawą Niny Simone stała się standardem. Wykonywana ona była później przez wielu artystów; wymieńmy chociaż tych naszych, HTRowych: Eels, Muse, również RZA wykorzystał później fragment tej piosenki w wykonaniu Fredy Payne w utworze otwierającym jego płytę "Birth Of A Prince" - "Bob 'n I". Poza tym Michel Bublé, George Michael, Pussycat Dolls i wielu innych, niekoniecznie godnych zapamiętania (jak w tym ostatnim wypadku).

Już jutro: Leonard Cohen

środa, 8 października 2014

Steve Reich - Radio Rewrite (Movement V - Fast)



Dostałem wczoraj piękną płytę. Składa się ona z trzech części: "Electric Counterpoint", "Piano Counterpoint" oraz "Radio Rewrite" (taki też jest tytuł całego albumu) - wszystko napisane jest oczywiście przez Steve'a Reicha. "Electric Counterpoint" to jeden ze słynniejszych utworów Reicha, zresztą chyba już kiedyś o nim napomykałem, ale już dwie kolejne części to również dla mnie zupełna nowość - choć nic to w sumie dziwnego, jako że "Radio Rewrite" ujrzało światło dzienne zaledwie kilkanaście miesięcy temu - w marcu 2013 (choć napisane zostało rok wcześniej), a "Piano Counterpoint" to nowa aranżacja innego utworu Reicha - "Six Pianos" z roku 1973. Ona także powstała dopiero w roku 2011, a premierę miała rok później.
Cóż by o tym "Radio Rewrite" powiedzieć... Muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Jest to utwór wyjątkowo melodyczny jak na Reicha. Słucha się tego doprawdy fenomenalnie, najlepiej usiąść w ciemnościach i zupełnie oddać się muzyce, napawać tymi wspaniałymi dźwiękami płynącymi z głośników. To samo tyczy się też oczywiście dwóch pozostałych części, ale "Electric Counterpoint" znamy na pamięć, a "Piano Counterpoint" aż tak nie uderza (choć również jest wyśmienite). Dodajmy jeszcze tylko, że "Electric Counterpoint" jest tu fantastycznie wykonywane przez gitarzystę zaprzyjaźnionego z Reichem zespołu Radiohead - Jonny'ego Greenwooda, zaś w "Radio Rewrite" zawarte są fragmenty piosenek wspomnianego wyżej zespołu. Na tym zakończmy ględzenie i przejdźmy do treści właściwej - muzyki.

Już jutro: Nina Simone

wtorek, 7 października 2014

Tony Allen feat. Damon Albarn - Go Back




Premiera nowego albumu mistrza zbliża się wielkimi krokami. Został już tylko tydzień. Tydzień, który możemy zapełnić nagraniami takimi jak świetne "Go Back" z udziałem Damona Albarna. Oprócz tej piosenki Tony Allen opublikował w sieci jeszcze dwa utwory: "Ire Omo" oraz "Boat Journey", ale ze względu na to, że Damon jest poniekąd patronem HTR, przyjrzymy się jednak "Go Back". Co otrzymujemy? Mniej więcej to, co słyszeliśmy w 2008 roku na wspólnej płycie Albarna, Flea oraz Allena - "Rocket Juice & The Moon". No, jest tu trochę więcej afrobeatu (cała płyta też przybierze pewnie inne proporcje), więc fani nigeryjskiego perkusisty tym bardziej powinni być zadowoleni. Jest to oczywiście kompletnie odmienna muzyka niż taki na przykład Fela Kuti, klasyk afrobeatu, ale to chyba tylko kwestia tego, że Allen po prostu tworzy muzykę odpowiednią do naszych czasów. Kuti nagrywał w końcu w latach '70, od tego czasu sporo się w muzyce zmieniło.
Reasumując: płyty trzeba posłuchać, bo zapowiada się niezmiernie ciekawie. Dotrwajmy więc do 14 października.

Już jutro: Steve Reich

poniedziałek, 6 października 2014

Nicolas Jaar - Love You Gotta Lose Again


Genialna płyta duetu Darkside - na który, przypomnę, składali się Dave Harrington oraz Nicolas Jaar - sprawiła, że musiałem przybliżyć sobie dokonania solowe obu tych panów. Jako, że drugiego już odrobinę znałem, stwierdziłem, że zacznę od niego. Odkryłem więc jego utwory z albumu "Inès" nagranego w ramach Clown N Sunset Collective. Sam ten kolektyw jest zbiorem artystów wydających pod szyldem wytwórni o nazwie Clown And Sunset właśnie. "Inès" zawiera więc pięć bodaj utworów Jaara (w tym jeden nagrany z Soulem Keitą jako Soul & Nico), dwa utwory samego Keity, kolejne dwa autorstwa Nikity Quasima oraz jeden będący kolaboracją wszystkich powyższych artystów. Nawiasem mówiąc, nie przejmujcie się nieznajomością tych wszystkich nazwisk, słuchając tej muzyki też obracam się raczej w kręgach mi nieznanych.
Wracając do Nicolasa: utwór dziewiąty z tej płyty, goszczący dziś u nas - "Love You Gotta Lose Again" - jest chyba najbardziej godny uwagi. Co prawda w jednej z recenzji na portalu residentadvisor.net został ostro zjechany przez człowieka o nazwisku Todd L. Burns, ale mam nieodparte wrażenie, że oprócz "Tribute To My Mother" jest to najmocniejszy utwór na płycie. Na pierwszy rzut oka (ucha?) słuchać świetny mix i doskonały dobór sampli.
Nie twierdzę bynajmniej, że utwór ten dorównuje "Metatronowi" Darkside'u lub "Space Is Only Noise" samego Jaara, ale mimo, że to właściwie jedna z jego pierwszych prac, po autorze już widać to muzyczne wyczucie, którym wykazuje się do dziś. Prawda, poszedł w trochę inną muzykę (bo ten utwór, przywołując wspomnianą już recenzję, faktycznie nawiązuje do hip hopu), ale to nadal jest ten sam utalentowany Nico. Czekamy więc z niecierpliwością na jego kolejne nagrania.

Już jutro: Tony Allen

niedziela, 5 października 2014

Azealia Banks - Chasing Time


Wygląda na to, że Azealia wreszcie trochę ruszyła z pracą nad nową płytą. Zabiera się do jej wydania od kilku dobrych lat, ale jakoś jej nie idzie. Zdążyła w międzyczasie wydać niezłą (jak na tego typu muzykę) EPkę - "1991". Tylko co z tego, skoro utwory z nowej płyty (czy to singlowe, czy jakiekolwiek inne), które dotychczas znalazły się w sieci, są naprawdę niewyszukane. Bardzo. I nawet takie stosunkowo słabe "Chasing Time" (czyli najnowszy singiel) pozytywnie się wśród nich wybija. Przykro trochę, że po trzech bodaj latach czekania otrzymujemy coś takiego jak "Heavy Metal And Reflective" (singiel drugi, poprzedzający "Chasing Time") - piosenkę uderzającą w najniższe instynkty, niby niosącą jakieś przesłanie, ale w formie wyjątkowo nędznej. Rozczarowanie olbrzymie.
Z drugiej strony nie należało chyba oczekiwać czegoś na poziomie "212". To był chyba jedyny utwór Azealii, którego nie wkładam do szufladki z napisem "guilty pleasures". Polecam więc wrócić do "1991 EP" i raczej nie mieć nadziei, że pozostałe utwory z "Broke With Expensive Taste" pozytywnie nas zaskoczą.

Już jutro: Nicolas Jaar

sobota, 4 października 2014

Caribou - She's The One


Oto utwór z płyty, która ma spore szanse na wejście do kanonu muzyki alternatywnej. "Andorra" autorstwa Caribou pięknie stapia energię z melancholią, elektronikę z instrumentacją tradycyjną. "She's The One" jest idealnym tego przykładem. Utwór nie jest w gruncie rzeczy smutny, ale jednak (przynajmniej mnie) wprowadza w ten specyficzny nostalgiczny nastrój, delikatne rozmarzenie. Pod tym względem świetnie sprawdza się też zresztą utwór następny - "Desiree" - oraz dwa ostatnie - "Irene" i "Niobe".
No i teraz żałuję, że ten post nie jest kolejną recenzją płyty, bo "Andorra" to naprawdę materiał na długą opowieść.

Już jutro: Azealia Banks

piątek, 3 października 2014

Kronos Quartet - Tenebre


Słynny Kronos Quartet wydał niedawno nowy album - "Aheym", zawierający wyłącznie muzykę napisaną przez Bryce'a Dessnera. Nazwisko może wydawać się znajome fanom The National, jako że kompozytor ten jest również gitarzystą wspomnianego wyżej zespołu. Płyta prezentuje się naprawdę nieźle, warto posłuchać całej.

Już jutro: Caribou

czwartek, 2 października 2014

Scatman John - Scatman (Ski-Ba-Bop-Ba-Dop-Bop)


Taka tam moja guilty pleasure. Gość był niesamowity, śpiewem przełamywał swoje skrajnie dokuczliwe jąkanie. Nauczył się więc scatu i doprowadził go do perfekcji, śpiewając jednocześnie o przełamywaniu granic swoich możliwości. No i co tu dużo mówić, żadna wielka muzyka to to nie jest. A jednak warto Johna Paula Larkina zapamiętać za zjawiskowy głos, przesłanie i fakt, że cieszył się tym co robił jak dziecko, co widać w powyższym przezabawnym teledysku. Cieszył się od początku kariery wokalisty (1994), aż do śmierci z powodu nowotworu (1999).

Już jutro: Kronos Quartet

środa, 1 października 2014

TV On The Radio - Happy Idiot


Taaak, wiem że publikowałem tu tę piosenkę ledwie dwa tygodnie temu. Ale co z tego, skoro jest piękna i ukazał się do niej teledysk. Co prawda odrobinę rozczarowujący (po Paulu Reubensie spodziewałem się czegoś więcej), ale za to odkrywający nową twarz piosenki. Poza tym jest on po prostu przyjemny dla oka.

Już jutro: Scatman John

wtorek, 30 września 2014

Tomek Makowiecki - Holidays In Rome


Nie wiem czemu spodobała mi się ostatnia płyta Tomka Makowieckiego. W sumie to nie wiem nawet czemu zacząłem jej słuchać. "Holidays In Rome", czyli singiel, który doskonale znałem z wielu trójkowych audycji, jakoś mnie nie zachwycał. A jednak posłuchałem. I pokochałem. Za wspaniałe "Dziecko Księżyca", za cudownie senne "Na szlaku nocnych niedopałków", za pięknie hałaśliwy "Las i beton". Za całokształt. No i ostatecznie polubiłem też "Holidays In Rome". Nie mam pojęcia w jaki sposób, ale gdy kilka dni temu wróciłem do tej płyty utwór ten od razu zwrócił moją uwagę. Ta jego delikatność, nienachalność, nostalgia... Hmm, rozmarzyłem się.

Już jutro: TV On The Radio

poniedziałek, 29 września 2014

10 ważnych piosenek

W zeszły wtorek, nie mając żadnego pomysłu na niedzielny post, zapowiedziałem niespodziankę. Jest już co prawda poniedziałek, ale macie wymyślony naprędce prezent.
Nie mówcie że nie słyszeliście o tym popularnym ostatnio łańcuszku internetowym polegającym na konieczności wymienienia dziesięciu książek, które wywarły na Was szczególny wpływ. Uznałem, że to samo można właściwie przenieść na muzykę. Oto przed Wami chronologiczna w miarę lista 10 piosenek, które zmieniły moje pojmowanie muzyki lub moją psychikę. Tak, takie też są.

1. Coldplay - "Twisted Logic"
"X&Y" to moja pierwsza płyta. Nie pierwsza której słuchałem, bo zawsze muzykę lubiłem, ale wcześniej były to płyty należące do mojego Taty - Młynarski, Nohavica, The Beatles, Nina Simone i wielu innych. Coldplay był zawsze zespołem "moim". Pierwszym. A ta piosenka była pierwszą stricte moją, która zaparła mi dech w piersiach.

2. TV On The Radio - "Ambulance"
Gdy pierwszy raz usłyszałem "Ambulance" nie do pomyślenia było dla mnie, że można w ten sposób zaśpiewać piosenkę. No bo jak to tak - bez instrumentów? Dźwięki paszczowe stworzone przez TV On The Radio bardzo przypadły mi do gustu, więc słuchałem ich dalej. Aż wreszcie pojawiła się płyta "Dear Science" i utwór "Love Dog", który sprawił, że pokochałem ich muzykę. Na psychikę mą najbardziej wpłynęły jednak utwory "Don't Love You" oraz "Blind" - ale to później, w okolicach zeszłego roku.

3. Gorillaz - "Cloud Of Unknowing"
Katharsis, uniesienie w inny świat. Tę piosenkę chciałbym usłyszeć na moim pogrzebie. W sumie trochę niefortunny dobór słów.

4. Yeasayer - "Rome" (live)
Yeasayera poznałem dzięki artykułowi w Gazecie Wyborczej. Na przykładzie "Live At Ancienne Belgique" Yeasayera właśnie oraz EPki "Landmarks Of Lunacy" autorstwa grupy Klaxons opisany był tam fenomen darmowego udostępniania muzyki w internecie. Płyty ściągnąłem i przesłuchałem. Drugą z nich doceniłem dopiero po latach kilku, lecz "Live At Ancienne Belgique"do gustu przypadło mi od razu. Ta nowa energia (szczególnie ukazana w "Rome") otwarła mnie na muzykę dziwną. Bez tego nigdy nie przekonałbym się choćby do M.I.A.

5. Metronomy - "Love Underlined"
"The English Riviera" to moja pierwsza płyta Metronomy. Poznałem ją dzięki utworom singlowym - "The Look" oraz "The Bay". Były ciekawe, więc płyty odważyłem się posłuchać. No i na niej odkryłem "Corinne" oraz "Love Underlined", które mnie porwały. Dzięki temu bardzo zainteresowałem się ich kolejną płytą - "Love Letters" - która zapewne pojawi się kiedyś w pełnej wersji w ramach recenzji.

6. Liars - "No Barrier Fun"
Drugie po TV On The Radio zanurzenie się w muzykę mroczną. Psychodelia grupy Liars była i jest bardzo wciągająca. Z kolei "No Barrier Fun" było chyba najbardziej szokującym w pierwszej chwili utworem.

7. Jane's Addiction - "Ted, Just Admit It"
Coś zupełnie nowego - ostre gitary, mocny wokal, te słowa Teda Bundy'ego w drugiej minucie piosenki (polecam poczytać co nieco o nim samym i o umieszczeniu go w piosence) oraz okrzyk "Sex is violent". I szaleństwo tuż po nim.

8. Tomek Makowiecki feat. Daniel Bloom & Józef Skrzek - "Dziecko Księżyca"
Jeden z najpiękniejszych polskich utworów. Może w historii, może tylko w XXI wieku. Ale niezaprzeczalnie piękny, przenoszący w inną (nie)rzeczywistość.

9. Fela Kuti - "Zombie"
Zapoznając się z całą dyskografią Damona Albarna napotkałem na zespół o nazwie Rocket Juice & The Moon. Składał się on z Albarna, Flea oraz Tony'ego Allena. Ten ostatni mnie zainteresował - był ponoć legendą afrobeatu. Nie miałem wówczas pojęcia cóż to za gatunek, zacząłem więc szukać najbardziej reprezentatywnego dla niego utworu. Tak natrafiłem na "Zombie", które mnie zachwyciło i spowodowało do zagłębienia w muzykę okołoafrykańską.

10. Darkside - "Metatron"
O tym utworze już pisałem. Przypomnę więc tylko, że to najlepszy utwór jaki słyszałem od dawien dawna. Po prostu arcydzieło.

Nie nominuję oczywiście nikogo, nie zamierzam rozpętywać kolejnego łańcuszkowego piekła, ale bynajmniej nie obrażę się na Was, jeśli w komentarzach pod postem lub na facebookowej stronie bloga podzielicie się swoim wyborem piosenek.

Już jutro: Tomek Makowiecki

niedziela, 28 września 2014

Coldplay - One I Love


Z racji opóźnionego przyjazdu z Berlina nie zdążę już dziś napisać wspomnianego kilka dni temu niespodziankowego posta. W związku z tym posłuchajcie sobie takiej b-side'owej perełki Coldplaya, a zapowiadany post pojawi się jutro. Reminiscencje z wycieczki do Berlina będziecie zaś mogli zapewne przeczytać we wtorek.

Już jutro: 10 SONGS

sobota, 27 września 2014

Jack White - Freedom At 21


Jack White gra 12 listopada dwa koncerty w Starej Zajezdni na krakowskim Kazimierzu. Bilety kosztowały - bagatela - niemal 200 złotych. W ile się wyprzedały? W trzy minuty. O czym to świadczy? Ano o tym, że mamy w Krakowie (i pewnie ogólnie w Polsce) spore grono wielbicieli porządnego rocka, gotowych często do niemałych poświęceń by zobaczyć artystę tak wybitnego jak Jack White. Tak trzymać!

Już jutro: Coldplay

piątek, 26 września 2014

Massive Attack feat. Mos Def - I Against I


Aj, pospieszyłem się we wtorek z tą zapowiedzią. Chciałem omówić dziś album "Heligoland", ale zapomniałem jakimś cudem o pojawieniu się pierwszej recenzji całej płyty, na którą ostatni album MA z pewnością zasługuje, a umieszczać dwóch odcinków tak czasochłonnego cyklu dwa dni pod rząd nie będę. Na domiar złego (dobrego?) odkryłem też dawno zapomnianą przeze mnie wspaniałą piosenkę Coldplaya, która spokojnie mogłaby się tu dziś znaleźć. A tak - nici z tego. Trudno, czas na nią przyjdzie w poniedziałek. Dziś za to mroczny bardzo utwór Massive Attacku z udziałem Mos Defa. Jest to bez wątpienia jeden z najbardziej surowych utworów w ich twórczości, nic więc dziwnego, że znalazł się jedynie na singlu "Special Cases", a nie na żadnym longplayu.

Już jutro: Jack White

czwartek, 25 września 2014

Recenzja (1): Jane's Addiction - Nothing's Shocking


Od dziś, w nieregularnych zapewne odstępach czasu, ukazywać się tu będą recenzje pełnych płyt. Polegać on będzie na przybliżaniu Wam, drodzy czytelnicy, utwór po utworze, klasycznych często albumów, które znam na pamięć i o których jakości mogę osobiście zaświadczyć. Zaczynamy od Jane's Addiction i  ich debiutanckiego krążka "Nothing's Shocking".

Najpierw drobne wprowadzenie. Jane's Addiction powstało w latach 80. XX wieku. Przez pierwsze dwa lata Perry Farrell wraz z ekipą skupiali się raczej na pracy w terenie. Do studia weszli dopiero w roku 1987, co poskutkowało wydaniem debiutanckiej płyty zatytułowanej "Nothing's Shocking" w roku 1988. Płyta jest jakby wizytówką grupy - kontrowersyjna okładka, mocne teksty, ostre gitarowe granie. Wszystko zaczyna się jednak od...
  1. "Up The Beach" - ...utworu nie tak ostrego, mającego raczej wprowadzić w klimat albumu. Ale już w tym utworze widać pewne cechy przewijające się przez całą twórczość JA - choćby charakterystyczna gitara Dave'a Navarro (o którym więcej tu), ważna rola basu Erica Avery'ego (zastąpionego później chwilowo przez Flea, o którym jeszcze wspomnę, a później - już na stałe - przez Chrisa Chaneya) i psychodeliczny wokal Perry'ego Farrella.
  2. "Ocean Size" - tu nadal nie pokazują wszystkiego co potrafią. Można powiedzieć że to swego rodzaju pomost między ich mroczną stroną objawiającą się choćby w "Up The Beach", a energicznymi gitarami rodem ze "Standing In The Shower... Thinking" (o którym za chwilę).
  3. "Had A Dad" - jeden z najbardziej typowo rockowych utworów Jane's Addiction. Melodia jest tu dość prosta, na pierwszy plan wysuwa się więc wyrazisty tekst. Zawsze ciekawił mnie jednak refren - spowolniony lekko, wprowadzający iluzję zmiany metrum. Interesujące od strony teoretycznej.
  4. "Ted, Just Admit It..." - arcydzieło. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy, również pierwszy trwający ponad 5 minut. Jego następcami zostaną "Summertime Rolls" z tego samego krążka (utwór nie tak wspaniały, ale budzący jakby pewną nostalgię), a także "Three Days" (jeszcze dłuższe, jeszcze bardziej tkwiące w mroku), "Then She Did..." (ze wspaniałą partią skrzypiec i basu) oraz "Of Course" (utrzymane w klimacie kolorowej psychodelii) z płyty następnej - "Ritual de lo habitual". No i nie można przy "Tedzie..." nie wspomnieć o tym charakterystycznym okrzyku "Sex is violent!" który prowokuje gitary do nagłego rozpędu.
  5. "Standing In The Shower... Thinking" - jeden z żywszych utworów, kiedyś uznawałem go też za jeden ze słabszych. Z perspektywy czasu dostrzegam jednak, że (choć nadal nie należy do moich ulubionych) jest wyjątkowo zmyślnie skonstruowany. Znowu - smaczek dla teoretyków muzyki rockowej (których naprawdę na świecie nie brak).
  6. "Summertime Rolls" - jak "Standing In The Shower..." przyspieszało tempo albumu, tak "Summertime Rolls" je zwalnia. Jak pisałem wyżej - utwór już nie tak doskonały jak "Ted, Just Admit It...", ale na tyle emocjonalny (w porównaniu do reszty piosenek JA) i spokojny, że wzbudza w człowieku uczucia odmienne niż inne utwory z tej płyty.
  7. "Mountain Song" - najcięższy bodaj utwór na płycie. Dorównuje mu tylko "Pigs In Zen", znajdujące się jednak tylko na rozszerzonej, cyfrowej wersji albumu.
  8. "Idiots Rule" -  pierwszy utwór JA z udziałem Flea - basisty RHCP. Tutaj akurat artysta udzielał się jako trębacz. Jest energicznie, na swój sposób żartobliwie. Trochę jak w "Standing In The Shower... Thinking". Kolejny utwór z ostrym, wyrazistym tekstem o zabarwieniu anarchistycznym.
  9. "Jane Says" - w całej swej (pozornej przynajmniej) prostocie jest to chyba najłatwiejsza piosenka na płycie. Nie dziwi więc fakt, że - jeśli kierować się liczbą wyświetleń na portalu YouTube - jest to najpopularniejsza piosenka Jane's Addiction. Poprzez tekst jest to też jakby utwór programowy.
  10. "Thank You Boys" - po "Ted, Just Admit It..." oraz "Summertime Rolls" mój bezsprzecznie ulubiony utwór na płycie. Oczywiście z powodu swojej inności.
  11. "Pigs In Zen" - ciężko, ostro, gitarowo. Niedaleko stąd do Metalliki. Choć koneserem hardrockowych gitar nie jestem, docenić muszę świetną solówkę Dave'a Navarro.

Kalifornijczycy wydali później jeszcze trzy albumy studyjne. Trzeci w ich dorobku, czyli "Strays", nie jest szczególnie warty uwagi, zaś do dwóch pozostałych - "Ritual de lo habitual" oraz "The Great Escape Artist" zapewne jeszcze powrócimy.

Ocena: 9/10

Już jutro: Massive Attack

środa, 24 września 2014

Coldplay - Twisted Logic


Słowa tej piosenki doskonale ilustrują etapy muzycznej kariery Coldplaya. "You'll go backwards but then you'll go forwards again" - to właśnie dzieje się z zespołem od kilku dobrych lat.
Zaczęli od dwóch świetnych EPek: "Brothers & Sisters" oraz "Safety". Obie sygnalizowały już, że w muzyce rockowej może pojawić się nowy, świeży powiew. Później wydali niezwykle udany album "Parachutes", który mimo typowo rockowych utworów takich jak "Shiver" czy "Yellow" poszedł jednak w inną stronę - mianowicie w stronę alternatywy. Zanosiło się na to, że grupa Chrisa Martina do rocka wróci już trzy lata później przy okazji kolejnej płyty - "A Rush Of Blood To The Head". Tym razem we wszystko wmieszał się jednak pop - jeszcze ten raczej wysokich lotów ("The Scientist", "Clocks").
Ale i rockowi w końcu przyszło pełnić funkcję wiodącego gatunku na jednej z płyt Coldplaya. Była to ich chyba najlepsza płyta - "X&Y" (na której paradoksalnie nie znalazł się utwór Coldplaya o tym samym tytule). Tutaj zbudowali altrockowy majstersztyk (nad którym rozwodził będę się zapewne jeszcze innym razem), którego warto posłuchać mimo tych słabszych momentów - choćby dla pięknego wykorzystania motywu z "Computer Love" Kraftwerku w "Talk".
No i tu dochodzimy do pewnego załamania w twórczości londyńczyków. Bo choć "Viva La Vida" jest bezapelacyjnie świetna i przez niektórych uważana za najlepszą płytę w dorobku, to słychać już wyraźnie popowe tendencje zespołu. Uwidoczniły się one zupełnie na albumie kolejnym - "Mylo Xyloto". To jest płyta po prostu przeciętna (choć ich pop nadal jest popem niezłym). Jeśli jednak porówna się ją z resztą dyskografii, widać, jak bardzo Coldplay muzycznie upadł - nie porażają kreatywnością (może poza "Major Minus"), tworzą muzykę u podstaw prostą. I ten stan rzeczy utrzymywał się aż do ukazania się pierwszych piosenek z nowego albumu - bardzo popowego, ale fantastycznego "Magic" - oraz "Midnight". Ten ostatni utwór (wraz ze świetnymi remixami Morodera i Jona Hopkinsa) daje nadzieję na pójście w coś na kształt eksperymentalnego rocka. Ten kierunek byłby jak najbardziej wskazany.

Już jutro: Jane's Addiction

wtorek, 23 września 2014

Jane's Addiction - Summertime Rolls


Niech dzisiejszy post będzie zapowiedzią tego, co dziać się tu będzie pojutrze (i do końca tego tygodnia). Dlatego dziś muzycznych opowieści nie będzie, wprowadzę Was tylko w moje plany na przyszły tydzień:
  • jutro krótka historia regresu Coldplaya i nadziei na lepsze jutro
  • pojutrze specjalna recenzja
  • w piątek na moment powrót do Massive Attacku
  • w sobotę lecimy z Jackiem Whitem z okazji zbliżających się koncertów w Krakowie
  • a w niedzielę jeszcze nie wiem co niespodzianka.
Enjoy.

Już jutro: Coldplay

poniedziałek, 22 września 2014

The Black Keys - Weight Of Love


Niektórzy krytycy muzyczni już zdążyli wskazać na The Black Keys jako głównych faworytów do otrzymania tegorocznej nagrody Grammy. I choć jestem do tego trofeum nastawiony dość sceptycznie*, to jednak gotów jestem przyznać tymże krytykom rację. Na płycie tej panuje bowiem aż zatrzęsienie świetnych utworów, wśród których wyróżnić trzeba na pewno utwór tytułowy - "Turn Blue" (kolejne potwierdzenie tezy wysuniętej przeze mnie jakiś czas temu) - oraz "Weight Of Love" właśnie. Ta ostatnia piosenka ma poważne szanse na zostanie zapamiętaną jako jeden z lepszych utworów altrockowych 2014 roku (a może i całej dekady). Najbardziej chyba przemawia do mnie fragment końcowy, w którym dwie gitary zgodnie grają podobny (a miejscami nawet ten sam) riff. Nie chciałbym wprowadzać tu nie wiadomo jakiej symboliki, ale to jest po prostu mocne. Emocjonalnie, oczywiście.
No i nie zdziwcie się, jeśli po włączeniu teledysku zobaczycie Dana Auerbacha ucharakteryzowanego na kaznodzieję z teledysku "Fever" i usłyszycie dźwięki tej samej piosenki. Tak, na pewno będziecie oglądać dobry film. Poczekajcie kilka sekund.

Już jutro: Jane's Addiction

 *Powodów ku temu nie brak, dwa pierwsze to wygrana wyjątkowo marnego i wcale nie rockowego "Radioactive" zespołu Imagine Dragons nad klasycznym "Kashmirem" Led Zeppelin i zapewniającym swego rodzaju katharsis "The Stars (Are Out Tonight)" Davida Bowiego w kategorii Best Rock Performance oraz zaliczenie utworów z przedostatniej płyty Coldplaya - "Mylo Xyloto" - do tej samej kategorii.

niedziela, 21 września 2014

Jon & Vangelis - I'll Find My Way Home


Blogowi stuknęło 9300 wyświetleń. Zyskał on też nową odsłonę graficzną, na którą składa się piękne logo autorstwa Ani Janiec (dzięki!), baner (stworzony przeze mnie) oraz nowy, mam nadzieję bardziej czytelny szablon w lekko zmienionej kolorystyce. No i mamy stronę facebookową, na którą gorąco zapraszam. Będzie tam trochę dodatkowej muzyki, już bez opisów, recenzji i opowieści, a także oczywiście reklamy postów. No właśnie - od dziś posty pojawiać się będą zawsze równo o 20:00.
No i jeszcze jedna, już chyba niezbyt pozytywna zmiana: na blogu pojawiły się reklamy. Na szczęście nieszczególnie inwazyjne.

Już jutro: The Black Keys